Swiatloczula.eu

poniedziałek, 30 listopada 2009

Pod słońcem Dobrudży - Konstanca

Ostatnim miastem, które "zwiedziłam" jest Konstanca. Słowo zwiedziłam napisałam w cudzysłowie, bo żeby naprawdę poznać i zwiedzić jakieś miasto potrzeba przynajmniej kilku dni. Ja w każdym z tych miejsc byłam po kilka godzin...

Położona na wybrzeżu Morza Czarnego, historyczna stolica regionu Konstanca, jest dużym portowym miastem, o przebogatej historii, sięgającej starożytności.
Początkowo miejsce to, nosiło nazwę Tomis. Wielbiciele mitów pewnie się już z nią zetknęli. To właśnie w tym miejscu, zrozpaczony król Kolchidy (z mitu o wyprawie po złote runo), po przerwanym pościgu statku argonautów, złożył wyłowione z morza szczątki swojego syna. Jakieś ziarnko prawdy może w tym być, bo słowo tomis, po grecku znaczy kawałki.

Źródła historyczne natomiast podają, że osadę założyli już w I poł. VI w p.n.e. greccy koloniści z Miletu. Miasto od początku rozwijało się bardzo szybko, ale w I połowie I w p.n.e zostało doszczętnie zniszczone przez wojska Dariusza - króla perskiego. Szybko się odbudowało, jednak nie raz jeszcze legło w gruzach.
Przedzierając się przez literaturę opisującą historię miasta wyszło mi na to, że właściwie byli tu wszyscy, Rzymianie, Bizantyńczycy, Bułgarzy, Słowianie, Awarowie, Genueńczycy i Turcy. Dopiero pod koniec XIX w. stało się własnością Rumunów.

Czasy swej największej świetności zawdzięcza Rzymianom. Pod ich panowaniem, w II w n.e. było największym ośrodkiem na zachodnim wybrzeżu Morza Czarnego. W IV w n.e założono nową dzielnicę i na cześć cesarza Konstantyna Wielkiego nazwano ją Constantiną. Wkrótce nazwę tę przyjęło całe miasto.

Wjeżdżając do Konstancy uczucia miałam dość mieszane, wszechobecne blokowiska z epoki Ceauşescu, delikatnie mówiąc, nie budzą zachwytu. Jednak jest tu coś, co rzuca się w oczy w całej Rumunii, szerokie ulice i dużo zadbanej zieleni. O ile jednak nowoczesna część miasta nie bardzo nas interesowała, o tyle starówka bardzo.
Naprawdę warto ją zobaczyć i poczuć jej klimat, przejść się przepięknym, nadmorskim bulwarem, zapuścić w stare uliczki i oczywiście rzucić okiem na rzymskie ruiny. Niestety tych ostatnich jest dość mało, większość pogrzebana jest pod murami miasta.

Zapraszam na kolejny, słoneczny spacer :)



To już przedostatnia (chyba) moja opowieść o Rumunii, na koniec trzymam coś specjalnego, coś co zrobiło na mnie największe wrażenie...
A więc ciąg dalszy jeszcze nastąpi ;)

wtorek, 3 listopada 2009

Sinaia - kraina jak z baśni

Dzisiaj chciałabym zaprosić Was do prawdziwej bajki - kompleksu Peleş w Sinai.
Sianaia jest prześlicznym górskim miasteczkiem, położonym na wys 800-1000 m n.p.m. Dzięki niezwykle malowniczemu położeniu zyskała przydomek Perły Karpat.

Swój początek i nazwę zawdzięcza klasztorowi wzniesionemu w XVII w. Do dziś stoi tam monastyr Sinaia postawiony przez Michała Cantacuzino, który przez pewien czas przebywał w Jerozolimie i zwiedził klasztor św. Katarzyny na Synaju. Po powrocie do kraju, pełen religijnego zapału postanowił założyć monastyr, nazwał go od półwyspu i góry klasztorem Sinaia.

Jednak swą prawdziwą sławę Sinaia zawdzęcza kompleksowi zamkowemu Peles, wzniesionemu pod koniec XIX w. przez Karola I Hohenzollerna. Założenie zaprojektowane i wykonane przez rzesze najsłynniejszych wiedeńskich architektów i najlepszych rzemieślników z różnych krajów robi wrażenie całkiem baśniowej krainy. Dodatkowego uroku dodaje mu przepiękne położenie na stokach lesistych wzgórz.
Składa się z kilku budynków, ale tylko dwa są udostępnione do zwiedzania, są to pałace Peleş i Pelişor. w pozostałych budynkach urządzono hotele i restauracje.
Pałac Peleş był letnią rezydencją króla i jego małżonki Elżbiety, natomiast zbudowany kilka lat później skromniejszy pałac Pelişor był siedzibą pary książęcej Ferdynanda i Marii.
Oba naprawdę pięknie się prezentują na tle wysokich gór Bucegi.
Zresztą zobaczcie sami.



Jeśli chodzi o pałacowe wnętrza, to urządzone są z ogromnym przepychem, wg mnie, zbyt ogromnym, na dodatek chyba we wszystkich możliwych stylach. Niestety, jak zwykle za robienie zdjęć, były słone opłaty, a na dodatek była taka masa ludzi, że i tak byłoby to niezwykle trudne. Dodatkowym utrudnieniem jest również konieczność zwiedzania w dość dużej grupie pod czujnym okiem przewodnika. Nie sposób było się ociągać czy ciut zagubić, bo cała wycieczka nerwowo poganiała niesfornych turystów. Nie lubię takiego zwiedzania na gwizdek, ale czasem inaczej się nie da ;)

c.d.n.

wtorek, 27 października 2009

Preimer - wspaniały kościół warowny

Jednym z wielu miejsc, które koniecznie należy zobaczyć jest również wioska Preimer, a dokładniej, znajdujący się tu wspaniały kościół warowny.
Wioska ta, podobnie jak Rasnow wchodziła w skład ziem nadanych Krzyżakom przez króla Andrzeja II, a po ich wydaleniu, przekazana zdecydowanie spokojniejszym Cystersom z Carty.

Dzisiaj robi ona wrażenie trochę wymarłej. Zabudowę ma przedziwną, z jednej strony opuszczone, solidne niemieckie domy, a z drugiej typowe dla epoki Ceasescu - smutne blokowiska. Za to w samym jej sercu znajduje się znakomicie zachowany, wręcz podręcznikowy przykład budowli warownej.

Kościół wybudowali Krzyżacy już w 1218 roku, a więc w trzy lata po zasiedleniu wioski i znowu, podobnie jak w Rasnovie, złamali warunki umowy. Pozwolenie mieli tylko na zamki drewniane, a budowali murowane. Kiedy na dodatek wprowadzili własną administrację podatkową, stało się jasne, że chcą zbudować własne, niezależne i silne państwo. Nic więc dziwnego, że król postanowił ich wydalić.

Nie wiadomo dokładnie kiedy kościół przejęli okoliczni mieszkańcy. Szybko zmienili jego wygląd i funkcję. Otoczyli go solidnymi, 3-metrowej grubości murami, a po kolejnych napadach wroga, pogrubili je aż do 4,5 m i podwyższyli do 14. W murach tych wybudowano 270 izb, w których można było mieszkać w razie napadu wroga. Jeszcze później, od strony głównego wejścia, dobudowano również otoczony murem dodatkowy dziedziniec, ze szkołą i pomieszczeniami gospodarczymi. To wszystko jeszcze otoczyli fosą.

Budowla ta robi naprawdę ogromne wrażenie. Wcześniej widziałam takie tylko w książkach. Co odważniejsi z naszej wycieczki zapuścili się w te tajemnicze pomieszczenia - okazało się, że wokół całej budowli ciągną się jeszcze wewnętrzne korytarze. Na jednego z tych odważnych musieliśmy potem dość długo czekać. Gdy zaczęliśmy się dość poważnie niepokoić, wyłonił się... Okazało się, że szukał toalety. Znalazł ją.

Jestem naprawdę pod wrażeniem znakomitego przygotowania tych obiektów do zwiedzania.
Wszędzie jest czysto, zapewnione jest cywilizowane zaplecze sanitarne, same budowle są pięknie odrestaurowane a wszystko otacza bardzo zadbana zieleń.
Zresztą zobaczcie sami, zapraszam :)



c.d.n.

wtorek, 20 października 2009

Rasnov - średniowieczny zamek chłopski

W Rasnovie znajduje się jeden z największych zamków chłopskich w Rumunii. Położony na skalistym wzgórzu miał dać schronienie okolicznej ludności podczas tureckich i tatarskich najazdów.
Pierwszą twierdzę w tym miejscu wznieśli około roku 1215 sprowadzeni przez Andrzeja II Węgierskiego Krzyżacy. Mieli bronić kraj przed sąsiednimi Połowcami. Szybko się jednak okazało, że Krzyżakom najbardziej zależy na stworzeniu własnego, silnego i niezależnego państwa. 10 lat później, zaniepokojony rosnącą potęgą Krzyżaków Andrzej wygnał ich jednak z Siedmiogrodu. Jak pewnie wszyscy wiedzą, wkrótce potem Konrad Mazowiecki sprowadził ich na ziemie polskie.

Opuszczoną twierdzę przejęli, zaczęli rozbudowywać i umacniać mieszkańcy okolicznych gmin. Budowla ma wyjątkowo skomplikowaną formę, składa się z kilku ciągów murów dostosowanych do ukształtowania terenu. Wewnątrz powstało prawdziwe miasteczko z kościołem, plebanią, zabudowaniami mieszkalnymi i licznymi pomieszczeniami gospodarczymi.

Zamek zdobyto tylko raz - w 1612 roku brak wody zmusił obrońców do kapitulacji.
W roku 1623 dwóch tureckich więźniów w zamian za obietnicę wolności podjęło się budowy studni. Przez 17 lat drążyli w litej skale, aż na głębokości 146 m pojawiła się życiodajna woda. Od tego momentu twierdza stała się nie do zdobycia. Dzięki wodzie mogła przetrwać długie miesiące, a nawet lata oblężenia.
Dopiero na początku XIX w. trzęsienie ziemi mocno nadwyrężyło jego mury, jednak nie na tyle, żeby odwiedzając to miejsce nie można było przenieść do czasów średniowiecza.

Zapraszam więc na małą podróż w czasie :)



c.d.n.

poniedziałek, 21 września 2009

Brasov i Bran

Wg. przewodnika Pascala Braszów (Brasov) to:
"miejsce wręcz kultowe dla turystów z całego świata, którzy interesują się środkowo-wschodnią Europą - śmiało można go porównać do naszego Krakowa".
Oczywiście zaintrygowani takim opisem koniecznie musieliśmy go zobaczyć.

Historia tego miasta również jest bardzo stara, sięgająca XIII w, ale już nie tak burzliwa jak Sighishoary. Warto jednak wspomnieć, że miasto było jednym z głównych ośrodków oporu przeciwko reżimowi Ceausescu w czasie krwawej rewolucji 1989 r.

Zwiedzanie zaczęliśmy od słynnego Czarnego Kościoła, największej gotyckiej świątyni Transylwanii. Jego nazwa nawiązuje do zniszczeń po wielkim pożarze miasta w XVII w. Spłonęły w nim wówczas wszystkie drewniane elementy, a elewacja pokryła się warstwą sadzy. Dopiero podczas renowacji przeprowadzanych w XX w. częściowo ją usunięto. W samym kościele najbardziej chyba zwracają uwagę porozwieszane na ścianach dywany. Jest to kolekcja ponad 100 orientalnych kobierców, które jako wotum dziękczynne za szczęśliwie zakończone wyprawy, ofiarowali miejscowi kupcy. Mam mieszane uczucia na ten temat, nie wiem, czy mi się to podobało, ale cóż, co kraj to obyczaj, a w Rumuńskich świątyniach, zresztą różnych wyznań, dywany na ścianach nie należą do rzadkości.

Brasov posiada bardzo ładny rynek, jest na nim wiele sympatycznych knajpek i pizzerii. Ponieważ mieliśmy wcześniej nieciekawe doświadczenia z kuchnią rumuńską, na posiłek wybraliśmy jednak pizzerię i słusznie. Rumuni bardzo chcą się powoływać na swoje wątpliwe pochodzenie od starożytnych rzymian i chyba dlatego sztukę przygotowywania pizzy doprowadzili do prawdziwej perfekcji.
Niestety, podczas posiłku zza gór zaczęły napływać bardzo czarne chmury, więc musieliśmy zrezygnować z dalszego zwiedzania. Ledwo dobiegliśmy do samochodów, rozpętał się prawdziwy armagedon. Przedzierając się przez spadające z nieba hektolitry wody dojechaliśmy na kemping, sprawdzić jak przetrwał nasz obóz. Zniszczeń nie było, może tylko parę krzeseł się przewróciło. Ponieważ w międzyczasie pogoda się uspokoiła i znów wyszło słońce, nie wysiadając z samochodów, zakręciliśmy i pojechaliśmy rzucić okiem na słynny Bran.

Bran swą sławę zawdzięcza średniowiecznemu zamkowi, reklamowanemu jako rodowa siedziba Vlada Palownika. Zamek faktycznie przepiękny, pełen tajemniczych zakamarków, schodków, korytarzyków, wieżyczek, ale z Drakulą nic wspólnego nie ma. To jeszcze nie ten zamek ;)

Zamek w Branie, wzniesiony w XIV w przez Ludwika I Andegaweńskiego miał strzec szlaków i przełęczy górskich przed Turkami. Pod koniec XV w. twierdzę przejęli, szczególnie zainteresowani ochroną traktów handlowych, braszowscy mieszczanie. Na początku XX w. zamek stał się letnią rezydencją królowej Marii i pozostał nią do 1947 roku, kiedy to przejęły go władze komunistyczne.

W 2006 roku, po sześćdziesięciu latach rząd rumuński zwrócił go prawowitemu właścicielowi. Jest nim Dominik Habsburg, arcyksiążę, nowojorski architekt, syn Ileany, która odziedziczyła zamek po matce, Marii Koburg, królowej Rumunii.
Rząd rumuński zastrzegł sobie prawo pierwokupu, jednak cena 80 mln. dolarów okazała się za wysoką. Spadkobierca wystawił posiadłość na licytację w cenie wywoławczej 100 mln dolarów. Wywołało to burzliwą debatę w parlamencie, który nagle uznał, że restytucja zamku odbyła się bezprawnie. Nie wiadomo co dalej z zamkiem, sprawa może się oprzeć o Europejski Trybunał Praw Człowieka.

Nie wiem, czy kwota ta jest zbyt wysoka, mój umysł nie obejmuje takich sum, ale wiem, że ten zamek to prawdziwa kopalnia pieniędzy. Pamięć bywa zawodna, ale mam w ręku bilet wstępu, cena 12 lei, co daje ok 12 zł. Przewijają się tam prawdziwe tłumy turystów. Za pierwszym razem nie dało się po prostu wejść, kolejka koszmarna, a i zwiedzanie w takim tłumie jest mało przyjemne. Postanowiliśmy przyjechać nazajutrz z samego rana. Tym razem się udało, ale pomimo wczesnej pory i tak było już sporo ludzi, włażących w kadr, utrudniających robienie zdjęć ;)
Generalnie w ogóle z robieniem zdjęć to tam jest kiepsko, za wyciągnięcie prawdziwego aparatu każą sobie płacić 30 lei, a z lampą nawet 50. Podobnie jest w innych zamkach. Z przyczyn oczywistych ograniczyłam się do kilku zdjęć zrobionych komórką. Znowu się rozgadałam, zapraszam więc na wycieczkę, z w/w przyczyn trochę krótszą niż zwykle ale mam nadzieję, że ciekawą.



Podsumowując, osoba, która pisała tekst o Brasovie dla Pascala, chyba nigdy nie była w Krakowie. Brasov jest piękny i klimatyczny, ale do Krakowa mu baaardzo daleko. Czarny Kościół, dla mnie wręcz dziwny, nijak nie może się równać z Mariackim.
Do dziś pamiętam, jak kiedyś zabrałam swoje dziecko do Krakowa, gdy znaleźliśmy się na Rynku, to mu się buzia ze zdumienia otworzyła i nie chciała zamknąć. W Brasovie nikomu się buzia nie otworzyła, choć kilkoro dzieci w grupie było ;)
Natomiast zamek w Branie zobaczyć trzeba koniecznie, warto też zajrzeć na stronę: Bran Castle Museum

c.d.n.

niedziela, 13 września 2009

Perła Transylwanii - Sighisoara

Sighisoara, to bardzo niezwykłe miasto, o wyjątkowo burzliwej przeszłości. Już w czasach starożytnych istniała w tym miejscu dacka osada, a po niej rzymski obóz. W XIII wieku niemieccy koloniści założyli tu wieś, która bardzo szybko zaczęła się rozwijać. Rozkwitały handel i rzemiosło. Mieszkańcy zaczęli się budować, grodzić murami, a na wzgórzu, w miejscu dzisiejszej starówki stanęła prawdziwa twierdza.
I wszystko było pięknie dopóki nie zatrzymał się tam Vlad Dracul. To jeszcze nie ten Drakula o którym myślicie, tylko jego ojciec, późniejszy hospodar wołoski. Bawił w mieście 4 lata.

Wkrótce potem prawdziwa seria nieszczęść spadła na miasto. Najpierw splądrowały je wojska gen. Jerzego Basty, potem zajęli je Szeklerzy, a dwa lata później wybuchła epidemia dżumy. Jej ofiarą padło ponad 2 tys. mieszkańców.
Niedługo potem ponownie wkroczyli do miasta żołnierze gen. Basty, a kilka lat później mieszkańcy musieli się bronić przed armią Gabriela Batorego. Atak udało się odeprzeć, jednak spokój nie trwał długo. Wkrótce znowu nawiedziła miasto epidemia dżumy, a niedługo potem pożar strawił większą część zabudowy.
Ale to nie koniec. W XVIII w. Sighisoarę napadły, splądrowały i spaliły wojska Istvana Guttiego. Potem była znowu dżuma... Tym razem zebrała 4 tys. ofiar, co stanowiło cztery piąte całej populacji! W niedługim czasie zaczęła się prawdziwa seria pożarów, a jakby tego było mało, pomiędzy nimi miasto nawiedziła jeszcze powódź. Oczywiście Turcy też nie omijali Sighisoary i mieszkańcy raz po raz musieli się przed nimi bronić.
Klątwa przestała działać dopiero z początkiem XIXw.

Pomimo tego nieustającego pasma nieszczęść Sighisoara jest jednym z najpiękniejszych miast Rumunii, a Wzgórze Zamkowe wpisano na Listę UNESCO. Klimatyczna, otoczona starymi murami starówka z charakterystyczną Wieżą Zegarową, nazywana jest Perłą Transylwanii.
W tej chwili trwają tam prace remontowe. Wymiana nawierzchni na całej praktycznie starówce utrudniła nieco zwiedzanie, ale dałam radę, tylko nogi mnie potem bardzo bolały ;)

Wieża Zegarowa faktycznie jest bardzo piękna. Znajduje się ona nad główną bramą broniącą wejścia do twierdzy. Dwumetrowej grubości mury wzmacniały nie tylko bramę główną, ale również chroniły kryjący się w środku skład amunicji, skarbnicę i archiwum. Wieża również padała ofiarą pożarów. Dach kilkakrotnie spalony, wiele razy był naprawiany i zmieniany. Cztery wieżyczki zdobiące jego podstawę miały być symbolem niepodległości i niezawisłości, a dziś są niewątpliwą jej ozdobą. Kiedyś pełniła funkcję ratusza, obecnie znajduje się tam Muzeum Historyczne.
Jednym z najstarszych budynków w mieście jest słynny Dom Drakuli (Casa Dracula). W latach 1431-1435 mieszkał tam Wlad Dracul, ojciec Wlada Palownika, pierwowzoru słynnej powieści Brama Stokera. Obecnie mieści się tam restauracja.

Oryginalnym budynkiem jest też Dom pod Jeleniami. Nazwa pochodzi od poroża jelenia, do którego na dwóch ścianach domu, domalowano resztę zwierzęcia.

Warto również wspomnieć o Schodach Szkolnych. Mają one 176 stopni i prowadzą do stojących na wzgórzu szkoły i kościoła. Rozpostarty na całej długości dach miał chronić uczniów i profesorów przed kapryśną pogodą.

Wiem, trochę dużo dzisiaj tej historii, ale to wyjątkowe miejsce i nie dało się krócej, choć bardzo się starałam. Na koniec dodam tylko, że właśnie w Sighisoarze jadłam najlepszą pizzę w życiu. Pizzeria ta, mieści się u stóp starówki, po prawej stronie, naprzeciwko postoju taksówek. Pizza Lenonardo, z czosnkiem i tuńczykiem to prawdziwa rewelacja. A jaki tam mają sos czosnkowy... mmm, pycha, na samo wspomnienie ślinka mi cieknie :)

Ale dosyć gadania, zapraszam na spacer po Sighisoarze.



c.d.n

poniedziałek, 7 września 2009

Transylwania - Sibiu

Dziś zapraszam do Transylwanii, krainy znanej tak naprawdę chyba tylko z legendy o Draculi. Ale nie o nim dzisiaj, choć to też mam kiedyś w planach.

Transylwania, kiedyś Siedmiogród, jest niewątpliwie najpiękniejszą krainą Rumunii. Ma naprawdę wiele do zaoferowania zarówno miłośnikom zabytków, ciekawej architektury jak i pasjonatom górskich wędrówek.

Carta jest świetnym miejscem wypadowym na zwiedzanie Transylwanii. Już pierwszego dnia pobytu, pomimo ogromnego zmęczenia długą trasą i upałem, gdy tylko uporaliśmy się organizacyjnie, wybraliśmy się na pierwszą wycieczkę. Ponieważ pora była dość późna, ze względu na bliską odległość, wybór padł na Sibiu .

Miasto to posiada niepowtarzalną średniowieczną starówkę, położoną na wzgórzu i pewnie dzięki temu zachowaną, przynajmniej częściowo, do dziś. Co prawda trwają tam teraz intensywne prace remontowe, ale i tak można wczuć się w klimat.

Historia Sibiu sięga XII wieku, początkowo, podobnie jak Carta najeżdżane i niszczone przez Tatarów, Turkom zdołało się oprzeć. Ze względu na swe położenie na szlakach handlowych, Sibiu bardzo szybko się rozwijało i miało silną pozycję ekonomiczną. Zaczęło się otaczać kolejnymi murami, gromadzić broń i zapasy na tyle skutecznie, że pomimo dwukrotnego oblegania miasta, Turcy odeszli z niczym.

Miasto zasłynęło też jako ważny ośrodek nauki i kultury. Pierwsza szkoła powstała tu już 1380r, a w 1529 założono pierwszą drukarnię.
Jest tam wiele obiektów godnych uwagi, jednak najciekawszym i chyba najpiękniejszym jest Most Kłamców.
Legenda głosi, że most runie, gdy przejdzie po nim kłamca. Jak widać na zdjęciach, ciągle stoi i ma się świetnie. Nie ma tam kłamców?
Największym kusicielem losu był Nicolae Ceasescu - wygłaszał z niego długie przemówienia do mieszkańców miasta.
Ale dosyć gadania, zapraszam na krótki spacer po Sibiu :)



c.d.n.

czwartek, 27 sierpnia 2009

Rumunia - mity, a rzeczywistość

Wśród wielu ludzi panuje opinia, że w Rumunii jest brudno, po ulicach łażą żebracy, Cyganie i złodzieje. Dzieci biegają bose i brudne, i w ogóle wszędzie bieda aż piszczy. Gdy opowiadałam znajomym o swoich wakacyjnych planach, kilka osób wręcz stwierdziło, że za nic by tam nie pojechało. Mi samej ten pomysł też wydawał się troszkę ryzykowny, ale ponieważ jeżdżę od lat ze swoim małym domkiem, to specjalnie tego brudu się nie bałam. Przed wyjazdem jednak, tak zupełnie na wszelki wypadek zaopatrzyliśmy się w chemiczne wc.

Pierwsze zetknięcie z tym krajem, to przejście graniczne węgiersko-rumuńskie, przed Oradeą. Może nie było ono za ciekawe, ale naszemu w Barwinku też wiele brakuje. Rumunia jeszcze nie jest w Schengen, więc na granicy sprawdzane są dowody/paszporty i są celnicy. Z lekkim niepokojem czekaliśmy na odprawę. W końcu zawsze może się trafić upierdliwy urzędnik, a rozpakowywanie całej przyczepy wcale nam się nie uśmiechało. Jednak celnik wcale na nas nie zwrócił uwagi, tylko machnął ręką, żeby jechać dalej. I tak wjechaliśmy tego strasznego i dzikiego kraju.

Tuż za przejściem granicznym była duża stacja benzynowa, na której okazało się, że można płacić kartą, jest kawa, wc i wszystko co niezbędne w długiej podróży. Dobrze jest pomyśleliśmy, cywilizacja tu też dotarła.

Pokrzepieni na duchu, zatankowaliśmy (ropa okazała się tańsza niż u nas), wypiliśmy kawę i ruszyliśmy.

Od razu dopadło nas zdziwienie, drogi okazały się zadziwiająco dobre. Życzyłabym sobie takich w Polsce. Pomimo panujących tam bardzo wysokich temperatur nie było żadnych dziur ani kolein. Na dodatek oznakowane tak, że nie sposób się zgubić. Jedynym wyjątkiem była obwodnica Bukaresztu, jednak trwał na niej remont i za chwilę też będzie tam pięknie. Za to Warszawa nigdy nie miała i jak tak dalej pójdzie, nie będzie miała żadnej obwodnicy, nawet takiej z dziurami i koleinami...

Po drodze ogromne wrażenie robiły opuszczone, rozpadające się fabryki, relikty minionej epoki, stojące często w niesamowicie malowniczych miejscach. Trochę to było przygnębiające... Jednak w Polsce też zdarzają się takie widoki, więc znowu nic dla nas dziwnego. Szkoda tylko tych zepsutych krajobrazów.

Pierwszym większym miastem przez które jechaliśmy była Oradea. Tu już mi się buzia otworzyła ze zdumienia. Przedziwna architektura, z jednej strony niska, stara zabudowa, z jak się później okazało, charakterystycznymi dla całej Rumunii wielospadzistymi dachami, pokrytymi czerwoną dachówką, a z drugiej, typowe dla socjalizmu blokowiska. Jednak bardzo udziwnione, taki trochę misz-masz i trochę kicz... Jednak bardzo malowniczy kicz... A może to tylko mi się tak wydawało...

Jadąc dalej w kierunku Carty, pierwszego naszego miejsca postojowego w Rumunii, czuliśmy jak droga się wspina coraz wyżej. Powoli wjeżdżaliśmy w góry. Widoki były coraz piękniejsze, a i słońce zaczynało się chylić ku zachodowi, co na pewno dodawało im uroku. W tym momencie rzuciła mi się w oczy dbałość o piękno i spójność architektury tego kraju. Pomimo całej różnorodności zabudowy, wszystkie domy i domki miały wielospadziste, pokryte czerwoną dachówką dachy. Wyglądało to po prostu przepięknie. Nie było żadnych, tak często u nas spotykanych klocków.
Od czasu do czasu zdarzały się cygańskie osiedla, z typowymi dla nich pałacykami z wieloma spiczastymi wieżyczkami, wzorowanymi, jak myślę, na zamku Vlada Drakuli.
Wiem, u nas też się takie zdarzają, jednak tam, znacznie lepiej wpisują się w krajobraz.

Późną nocą dojechaliśmy wreszcie do Carty, oczywiście bez żadnego błądzenia, pomimo, że jest ona naprawdę malutką wioską położoną gdzieś na końcu świata, skąd niedaleko było już do chmur. Zachowały się w niej pozostałości po opactwie założonym w 1223 r. Był to jeden z najważniejszych klasztorów cysterskich w ówczesnej Europie. Opuszczony w II połowie XV w., wielokrotnie niszczony przez turecko-tatarskie najazdy, przetrwał w ruinie do dzisiaj i robi wrażenie swym ogromem. Teren wokół opactwa zadbany i czyściutki, tak jak i sama Carta.
We wsi znajdują się dwa malutkie sklepiki, oba z klimatyzacją. Ludzie czyści i mili, dzieci chodzą w butach, a kemping, to po prostu bajka, z czego zdaliśmy sobie sprawę dopiero rano.
Rześkie, górskie powietrze, szum rzeczki, a w tle przepiękne Karpaty. Właściciele przesympatyczni, mówiący po angielsku witają wszystkich gości nalewką jagodową własnej roboty. Wiele lat jeżdżę z przyczepą, ale coś takiego jeszcze mi się nie zdarzyło.

Z tego etapu podróży niestety nie mam zbyt wielu zdjęć, a te co mam nie są zbyt
dobrej jakości, ponieważ robiłam je w czasie jazdy, z samochodu, często przez szybę. Jednak i tak je Wam pokażę :)

Przyjrzyjcie się uważnie, widzicie gdzieś tam jakieś brudy czy śmieci?
I jeszcze jedno, przez cały czas pobytu, widziałam jedną żebraczkę.



Tak więc to absolutny mit z tym brudem i żebractwem, a Rumuni to bardzo wesoły naród, o czym napiszę przy innej okazji.

c.d.n.

środa, 19 sierpnia 2009

Rumunia w pigułce ;)

Wakacje się kończą, zdjęcia uporządkowane, przynajmniej z grubsza, pora powspominać. Wyprawa była niezmiernie męcząca, 5 tys. km z przyczepą, w 40-stopniowym upale, w ciągu 3 tygodni zmęczyłoby chyba każdego. Trochę się obawiałam tego wyjazdu, przecież zdarzają się różne dziwne przypadki losowe, a jak tu się dogadać w takim dziwnym języku. Na szczęście nic takiego się nie zdarzyło, chociaż z tym dogadywaniem się to miałam rację, Rumuni nie znają języków wcale, o czym najlepiej przekonałam się zamawiając różne dziwne dania w restauracjach, wybierając je losowo palcem z karty. W dwóch miejscach tylko trafiłam na menu dwujęzyczne. Jedno z nich uwieczniłam na zdjęciu, bo ta mrożona kawa rzeczywiście była przepyszna, do tego ta sceneria... i muzyka, którą właśnie w tym miejscu po raz pierwszy usłyszałam... Nie mogłam się oprzeć i wykorzystałam ją do tych prezentacji. Serdecznie zapraszam do słuchania i oglądania.





Wkrótce postaram się opowiedzieć więcej o tym pięknym, dalekim i tajemniczym kraju.

wtorek, 16 czerwca 2009

Kazimierz Dolny - klezmerskie klimaty

Kazimierz Dolny, kiedyś nazywany też Małym Gdańskiem, to miejsce w którym się czas zatrzymał. Spędziłam tam ostatni weekend, niestety pogoda nie chciała współpracować i zepsuła mi cały jeden dzień. Paskudnie lało. Następnego dnia było już lepiej, ale nie bardzo mi się chciało brodzić w błocie i wąwozy tym razem musiałam odpuścić.
Ale i tak było pięknie. Zapraszam na krótki spacer po tym uroczym, starym miasteczku.

piątek, 5 czerwca 2009

Ogród botaniczny w maju

Ogród

Gdy wiosna zaświta,
jest w ogrodzie raz ciemniej, raz jaśniej.
Wciąż coś zakwita, przekwita.
Wczoraj kwitło moje serce. Dziś jaśmin.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska


Zapraszam na wieczorny spacer do Ogrodu Botanicznego w Warszawie.

 

Designed by Światłoczuła & LEW21. Powered by Blogger