Swiatloczula.eu

czwartek, 27 sierpnia 2009

Rumunia - mity, a rzeczywistość

Wśród wielu ludzi panuje opinia, że w Rumunii jest brudno, po ulicach łażą żebracy, Cyganie i złodzieje. Dzieci biegają bose i brudne, i w ogóle wszędzie bieda aż piszczy. Gdy opowiadałam znajomym o swoich wakacyjnych planach, kilka osób wręcz stwierdziło, że za nic by tam nie pojechało. Mi samej ten pomysł też wydawał się troszkę ryzykowny, ale ponieważ jeżdżę od lat ze swoim małym domkiem, to specjalnie tego brudu się nie bałam. Przed wyjazdem jednak, tak zupełnie na wszelki wypadek zaopatrzyliśmy się w chemiczne wc.

Pierwsze zetknięcie z tym krajem, to przejście graniczne węgiersko-rumuńskie, przed Oradeą. Może nie było ono za ciekawe, ale naszemu w Barwinku też wiele brakuje. Rumunia jeszcze nie jest w Schengen, więc na granicy sprawdzane są dowody/paszporty i są celnicy. Z lekkim niepokojem czekaliśmy na odprawę. W końcu zawsze może się trafić upierdliwy urzędnik, a rozpakowywanie całej przyczepy wcale nam się nie uśmiechało. Jednak celnik wcale na nas nie zwrócił uwagi, tylko machnął ręką, żeby jechać dalej. I tak wjechaliśmy tego strasznego i dzikiego kraju.

Tuż za przejściem granicznym była duża stacja benzynowa, na której okazało się, że można płacić kartą, jest kawa, wc i wszystko co niezbędne w długiej podróży. Dobrze jest pomyśleliśmy, cywilizacja tu też dotarła.

Pokrzepieni na duchu, zatankowaliśmy (ropa okazała się tańsza niż u nas), wypiliśmy kawę i ruszyliśmy.

Od razu dopadło nas zdziwienie, drogi okazały się zadziwiająco dobre. Życzyłabym sobie takich w Polsce. Pomimo panujących tam bardzo wysokich temperatur nie było żadnych dziur ani kolein. Na dodatek oznakowane tak, że nie sposób się zgubić. Jedynym wyjątkiem była obwodnica Bukaresztu, jednak trwał na niej remont i za chwilę też będzie tam pięknie. Za to Warszawa nigdy nie miała i jak tak dalej pójdzie, nie będzie miała żadnej obwodnicy, nawet takiej z dziurami i koleinami...

Po drodze ogromne wrażenie robiły opuszczone, rozpadające się fabryki, relikty minionej epoki, stojące często w niesamowicie malowniczych miejscach. Trochę to było przygnębiające... Jednak w Polsce też zdarzają się takie widoki, więc znowu nic dla nas dziwnego. Szkoda tylko tych zepsutych krajobrazów.

Pierwszym większym miastem przez które jechaliśmy była Oradea. Tu już mi się buzia otworzyła ze zdumienia. Przedziwna architektura, z jednej strony niska, stara zabudowa, z jak się później okazało, charakterystycznymi dla całej Rumunii wielospadzistymi dachami, pokrytymi czerwoną dachówką, a z drugiej, typowe dla socjalizmu blokowiska. Jednak bardzo udziwnione, taki trochę misz-masz i trochę kicz... Jednak bardzo malowniczy kicz... A może to tylko mi się tak wydawało...

Jadąc dalej w kierunku Carty, pierwszego naszego miejsca postojowego w Rumunii, czuliśmy jak droga się wspina coraz wyżej. Powoli wjeżdżaliśmy w góry. Widoki były coraz piękniejsze, a i słońce zaczynało się chylić ku zachodowi, co na pewno dodawało im uroku. W tym momencie rzuciła mi się w oczy dbałość o piękno i spójność architektury tego kraju. Pomimo całej różnorodności zabudowy, wszystkie domy i domki miały wielospadziste, pokryte czerwoną dachówką dachy. Wyglądało to po prostu przepięknie. Nie było żadnych, tak często u nas spotykanych klocków.
Od czasu do czasu zdarzały się cygańskie osiedla, z typowymi dla nich pałacykami z wieloma spiczastymi wieżyczkami, wzorowanymi, jak myślę, na zamku Vlada Drakuli.
Wiem, u nas też się takie zdarzają, jednak tam, znacznie lepiej wpisują się w krajobraz.

Późną nocą dojechaliśmy wreszcie do Carty, oczywiście bez żadnego błądzenia, pomimo, że jest ona naprawdę malutką wioską położoną gdzieś na końcu świata, skąd niedaleko było już do chmur. Zachowały się w niej pozostałości po opactwie założonym w 1223 r. Był to jeden z najważniejszych klasztorów cysterskich w ówczesnej Europie. Opuszczony w II połowie XV w., wielokrotnie niszczony przez turecko-tatarskie najazdy, przetrwał w ruinie do dzisiaj i robi wrażenie swym ogromem. Teren wokół opactwa zadbany i czyściutki, tak jak i sama Carta.
We wsi znajdują się dwa malutkie sklepiki, oba z klimatyzacją. Ludzie czyści i mili, dzieci chodzą w butach, a kemping, to po prostu bajka, z czego zdaliśmy sobie sprawę dopiero rano.
Rześkie, górskie powietrze, szum rzeczki, a w tle przepiękne Karpaty. Właściciele przesympatyczni, mówiący po angielsku witają wszystkich gości nalewką jagodową własnej roboty. Wiele lat jeżdżę z przyczepą, ale coś takiego jeszcze mi się nie zdarzyło.

Z tego etapu podróży niestety nie mam zbyt wielu zdjęć, a te co mam nie są zbyt
dobrej jakości, ponieważ robiłam je w czasie jazdy, z samochodu, często przez szybę. Jednak i tak je Wam pokażę :)

Przyjrzyjcie się uważnie, widzicie gdzieś tam jakieś brudy czy śmieci?
I jeszcze jedno, przez cały czas pobytu, widziałam jedną żebraczkę.



Tak więc to absolutny mit z tym brudem i żebractwem, a Rumuni to bardzo wesoły naród, o czym napiszę przy innej okazji.

c.d.n.

środa, 19 sierpnia 2009

Rumunia w pigułce ;)

Wakacje się kończą, zdjęcia uporządkowane, przynajmniej z grubsza, pora powspominać. Wyprawa była niezmiernie męcząca, 5 tys. km z przyczepą, w 40-stopniowym upale, w ciągu 3 tygodni zmęczyłoby chyba każdego. Trochę się obawiałam tego wyjazdu, przecież zdarzają się różne dziwne przypadki losowe, a jak tu się dogadać w takim dziwnym języku. Na szczęście nic takiego się nie zdarzyło, chociaż z tym dogadywaniem się to miałam rację, Rumuni nie znają języków wcale, o czym najlepiej przekonałam się zamawiając różne dziwne dania w restauracjach, wybierając je losowo palcem z karty. W dwóch miejscach tylko trafiłam na menu dwujęzyczne. Jedno z nich uwieczniłam na zdjęciu, bo ta mrożona kawa rzeczywiście była przepyszna, do tego ta sceneria... i muzyka, którą właśnie w tym miejscu po raz pierwszy usłyszałam... Nie mogłam się oprzeć i wykorzystałam ją do tych prezentacji. Serdecznie zapraszam do słuchania i oglądania.





Wkrótce postaram się opowiedzieć więcej o tym pięknym, dalekim i tajemniczym kraju.
 

Designed by Światłoczuła & LEW21. Powered by Blogger