Swiatloczula.eu

poniedziałek, 21 września 2009

Brasov i Bran

Wg. przewodnika Pascala Braszów (Brasov) to:
"miejsce wręcz kultowe dla turystów z całego świata, którzy interesują się środkowo-wschodnią Europą - śmiało można go porównać do naszego Krakowa".
Oczywiście zaintrygowani takim opisem koniecznie musieliśmy go zobaczyć.

Historia tego miasta również jest bardzo stara, sięgająca XIII w, ale już nie tak burzliwa jak Sighishoary. Warto jednak wspomnieć, że miasto było jednym z głównych ośrodków oporu przeciwko reżimowi Ceausescu w czasie krwawej rewolucji 1989 r.

Zwiedzanie zaczęliśmy od słynnego Czarnego Kościoła, największej gotyckiej świątyni Transylwanii. Jego nazwa nawiązuje do zniszczeń po wielkim pożarze miasta w XVII w. Spłonęły w nim wówczas wszystkie drewniane elementy, a elewacja pokryła się warstwą sadzy. Dopiero podczas renowacji przeprowadzanych w XX w. częściowo ją usunięto. W samym kościele najbardziej chyba zwracają uwagę porozwieszane na ścianach dywany. Jest to kolekcja ponad 100 orientalnych kobierców, które jako wotum dziękczynne za szczęśliwie zakończone wyprawy, ofiarowali miejscowi kupcy. Mam mieszane uczucia na ten temat, nie wiem, czy mi się to podobało, ale cóż, co kraj to obyczaj, a w Rumuńskich świątyniach, zresztą różnych wyznań, dywany na ścianach nie należą do rzadkości.

Brasov posiada bardzo ładny rynek, jest na nim wiele sympatycznych knajpek i pizzerii. Ponieważ mieliśmy wcześniej nieciekawe doświadczenia z kuchnią rumuńską, na posiłek wybraliśmy jednak pizzerię i słusznie. Rumuni bardzo chcą się powoływać na swoje wątpliwe pochodzenie od starożytnych rzymian i chyba dlatego sztukę przygotowywania pizzy doprowadzili do prawdziwej perfekcji.
Niestety, podczas posiłku zza gór zaczęły napływać bardzo czarne chmury, więc musieliśmy zrezygnować z dalszego zwiedzania. Ledwo dobiegliśmy do samochodów, rozpętał się prawdziwy armagedon. Przedzierając się przez spadające z nieba hektolitry wody dojechaliśmy na kemping, sprawdzić jak przetrwał nasz obóz. Zniszczeń nie było, może tylko parę krzeseł się przewróciło. Ponieważ w międzyczasie pogoda się uspokoiła i znów wyszło słońce, nie wysiadając z samochodów, zakręciliśmy i pojechaliśmy rzucić okiem na słynny Bran.

Bran swą sławę zawdzięcza średniowiecznemu zamkowi, reklamowanemu jako rodowa siedziba Vlada Palownika. Zamek faktycznie przepiękny, pełen tajemniczych zakamarków, schodków, korytarzyków, wieżyczek, ale z Drakulą nic wspólnego nie ma. To jeszcze nie ten zamek ;)

Zamek w Branie, wzniesiony w XIV w przez Ludwika I Andegaweńskiego miał strzec szlaków i przełęczy górskich przed Turkami. Pod koniec XV w. twierdzę przejęli, szczególnie zainteresowani ochroną traktów handlowych, braszowscy mieszczanie. Na początku XX w. zamek stał się letnią rezydencją królowej Marii i pozostał nią do 1947 roku, kiedy to przejęły go władze komunistyczne.

W 2006 roku, po sześćdziesięciu latach rząd rumuński zwrócił go prawowitemu właścicielowi. Jest nim Dominik Habsburg, arcyksiążę, nowojorski architekt, syn Ileany, która odziedziczyła zamek po matce, Marii Koburg, królowej Rumunii.
Rząd rumuński zastrzegł sobie prawo pierwokupu, jednak cena 80 mln. dolarów okazała się za wysoką. Spadkobierca wystawił posiadłość na licytację w cenie wywoławczej 100 mln dolarów. Wywołało to burzliwą debatę w parlamencie, który nagle uznał, że restytucja zamku odbyła się bezprawnie. Nie wiadomo co dalej z zamkiem, sprawa może się oprzeć o Europejski Trybunał Praw Człowieka.

Nie wiem, czy kwota ta jest zbyt wysoka, mój umysł nie obejmuje takich sum, ale wiem, że ten zamek to prawdziwa kopalnia pieniędzy. Pamięć bywa zawodna, ale mam w ręku bilet wstępu, cena 12 lei, co daje ok 12 zł. Przewijają się tam prawdziwe tłumy turystów. Za pierwszym razem nie dało się po prostu wejść, kolejka koszmarna, a i zwiedzanie w takim tłumie jest mało przyjemne. Postanowiliśmy przyjechać nazajutrz z samego rana. Tym razem się udało, ale pomimo wczesnej pory i tak było już sporo ludzi, włażących w kadr, utrudniających robienie zdjęć ;)
Generalnie w ogóle z robieniem zdjęć to tam jest kiepsko, za wyciągnięcie prawdziwego aparatu każą sobie płacić 30 lei, a z lampą nawet 50. Podobnie jest w innych zamkach. Z przyczyn oczywistych ograniczyłam się do kilku zdjęć zrobionych komórką. Znowu się rozgadałam, zapraszam więc na wycieczkę, z w/w przyczyn trochę krótszą niż zwykle ale mam nadzieję, że ciekawą.



Podsumowując, osoba, która pisała tekst o Brasovie dla Pascala, chyba nigdy nie była w Krakowie. Brasov jest piękny i klimatyczny, ale do Krakowa mu baaardzo daleko. Czarny Kościół, dla mnie wręcz dziwny, nijak nie może się równać z Mariackim.
Do dziś pamiętam, jak kiedyś zabrałam swoje dziecko do Krakowa, gdy znaleźliśmy się na Rynku, to mu się buzia ze zdumienia otworzyła i nie chciała zamknąć. W Brasovie nikomu się buzia nie otworzyła, choć kilkoro dzieci w grupie było ;)
Natomiast zamek w Branie zobaczyć trzeba koniecznie, warto też zajrzeć na stronę: Bran Castle Museum

c.d.n.

niedziela, 13 września 2009

Perła Transylwanii - Sighisoara

Sighisoara, to bardzo niezwykłe miasto, o wyjątkowo burzliwej przeszłości. Już w czasach starożytnych istniała w tym miejscu dacka osada, a po niej rzymski obóz. W XIII wieku niemieccy koloniści założyli tu wieś, która bardzo szybko zaczęła się rozwijać. Rozkwitały handel i rzemiosło. Mieszkańcy zaczęli się budować, grodzić murami, a na wzgórzu, w miejscu dzisiejszej starówki stanęła prawdziwa twierdza.
I wszystko było pięknie dopóki nie zatrzymał się tam Vlad Dracul. To jeszcze nie ten Drakula o którym myślicie, tylko jego ojciec, późniejszy hospodar wołoski. Bawił w mieście 4 lata.

Wkrótce potem prawdziwa seria nieszczęść spadła na miasto. Najpierw splądrowały je wojska gen. Jerzego Basty, potem zajęli je Szeklerzy, a dwa lata później wybuchła epidemia dżumy. Jej ofiarą padło ponad 2 tys. mieszkańców.
Niedługo potem ponownie wkroczyli do miasta żołnierze gen. Basty, a kilka lat później mieszkańcy musieli się bronić przed armią Gabriela Batorego. Atak udało się odeprzeć, jednak spokój nie trwał długo. Wkrótce znowu nawiedziła miasto epidemia dżumy, a niedługo potem pożar strawił większą część zabudowy.
Ale to nie koniec. W XVIII w. Sighisoarę napadły, splądrowały i spaliły wojska Istvana Guttiego. Potem była znowu dżuma... Tym razem zebrała 4 tys. ofiar, co stanowiło cztery piąte całej populacji! W niedługim czasie zaczęła się prawdziwa seria pożarów, a jakby tego było mało, pomiędzy nimi miasto nawiedziła jeszcze powódź. Oczywiście Turcy też nie omijali Sighisoary i mieszkańcy raz po raz musieli się przed nimi bronić.
Klątwa przestała działać dopiero z początkiem XIXw.

Pomimo tego nieustającego pasma nieszczęść Sighisoara jest jednym z najpiękniejszych miast Rumunii, a Wzgórze Zamkowe wpisano na Listę UNESCO. Klimatyczna, otoczona starymi murami starówka z charakterystyczną Wieżą Zegarową, nazywana jest Perłą Transylwanii.
W tej chwili trwają tam prace remontowe. Wymiana nawierzchni na całej praktycznie starówce utrudniła nieco zwiedzanie, ale dałam radę, tylko nogi mnie potem bardzo bolały ;)

Wieża Zegarowa faktycznie jest bardzo piękna. Znajduje się ona nad główną bramą broniącą wejścia do twierdzy. Dwumetrowej grubości mury wzmacniały nie tylko bramę główną, ale również chroniły kryjący się w środku skład amunicji, skarbnicę i archiwum. Wieża również padała ofiarą pożarów. Dach kilkakrotnie spalony, wiele razy był naprawiany i zmieniany. Cztery wieżyczki zdobiące jego podstawę miały być symbolem niepodległości i niezawisłości, a dziś są niewątpliwą jej ozdobą. Kiedyś pełniła funkcję ratusza, obecnie znajduje się tam Muzeum Historyczne.
Jednym z najstarszych budynków w mieście jest słynny Dom Drakuli (Casa Dracula). W latach 1431-1435 mieszkał tam Wlad Dracul, ojciec Wlada Palownika, pierwowzoru słynnej powieści Brama Stokera. Obecnie mieści się tam restauracja.

Oryginalnym budynkiem jest też Dom pod Jeleniami. Nazwa pochodzi od poroża jelenia, do którego na dwóch ścianach domu, domalowano resztę zwierzęcia.

Warto również wspomnieć o Schodach Szkolnych. Mają one 176 stopni i prowadzą do stojących na wzgórzu szkoły i kościoła. Rozpostarty na całej długości dach miał chronić uczniów i profesorów przed kapryśną pogodą.

Wiem, trochę dużo dzisiaj tej historii, ale to wyjątkowe miejsce i nie dało się krócej, choć bardzo się starałam. Na koniec dodam tylko, że właśnie w Sighisoarze jadłam najlepszą pizzę w życiu. Pizzeria ta, mieści się u stóp starówki, po prawej stronie, naprzeciwko postoju taksówek. Pizza Lenonardo, z czosnkiem i tuńczykiem to prawdziwa rewelacja. A jaki tam mają sos czosnkowy... mmm, pycha, na samo wspomnienie ślinka mi cieknie :)

Ale dosyć gadania, zapraszam na spacer po Sighisoarze.



c.d.n

poniedziałek, 7 września 2009

Transylwania - Sibiu

Dziś zapraszam do Transylwanii, krainy znanej tak naprawdę chyba tylko z legendy o Draculi. Ale nie o nim dzisiaj, choć to też mam kiedyś w planach.

Transylwania, kiedyś Siedmiogród, jest niewątpliwie najpiękniejszą krainą Rumunii. Ma naprawdę wiele do zaoferowania zarówno miłośnikom zabytków, ciekawej architektury jak i pasjonatom górskich wędrówek.

Carta jest świetnym miejscem wypadowym na zwiedzanie Transylwanii. Już pierwszego dnia pobytu, pomimo ogromnego zmęczenia długą trasą i upałem, gdy tylko uporaliśmy się organizacyjnie, wybraliśmy się na pierwszą wycieczkę. Ponieważ pora była dość późna, ze względu na bliską odległość, wybór padł na Sibiu .

Miasto to posiada niepowtarzalną średniowieczną starówkę, położoną na wzgórzu i pewnie dzięki temu zachowaną, przynajmniej częściowo, do dziś. Co prawda trwają tam teraz intensywne prace remontowe, ale i tak można wczuć się w klimat.

Historia Sibiu sięga XII wieku, początkowo, podobnie jak Carta najeżdżane i niszczone przez Tatarów, Turkom zdołało się oprzeć. Ze względu na swe położenie na szlakach handlowych, Sibiu bardzo szybko się rozwijało i miało silną pozycję ekonomiczną. Zaczęło się otaczać kolejnymi murami, gromadzić broń i zapasy na tyle skutecznie, że pomimo dwukrotnego oblegania miasta, Turcy odeszli z niczym.

Miasto zasłynęło też jako ważny ośrodek nauki i kultury. Pierwsza szkoła powstała tu już 1380r, a w 1529 założono pierwszą drukarnię.
Jest tam wiele obiektów godnych uwagi, jednak najciekawszym i chyba najpiękniejszym jest Most Kłamców.
Legenda głosi, że most runie, gdy przejdzie po nim kłamca. Jak widać na zdjęciach, ciągle stoi i ma się świetnie. Nie ma tam kłamców?
Największym kusicielem losu był Nicolae Ceasescu - wygłaszał z niego długie przemówienia do mieszkańców miasta.
Ale dosyć gadania, zapraszam na krótki spacer po Sibiu :)



c.d.n.
 

Designed by Światłoczuła & LEW21. Powered by Blogger