Swiatloczula.eu

sobota, 18 grudnia 2010

Zima trzyma, a ja myślami w prawdziwej bajce...

Jest zima, to jest zimno, to przecież oczywista oczywistość, która nawet dziecka nie powinna dziwić. Jednak tak nie jest. Jęki i narzekania na kraj, rząd, drogi, koleje, lotniska itp. dochodzą zewsząd. Na zdanie "Zima znów zaskoczyła drogowców" mam już po prostu uczulenie. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że Polacy oczekują, że drogowcy zaczną łapać śnieg w locie. Nie ma tak dobrze kochani i nigdy nie będzie.

Jedyne co na tym świecie sprawiedliwe to śmierć i pory roku. Przychodzi zima i wszyscy musimy się liczyć z utrudnieniami. Trzeba wychodzić wcześniej i zazwyczaj dłużej niż zwykle poczekać na tramwaj lub autobus, ale to i tak lepsze niż wykopać z zaspy autko i potem stać nim w korkach, albo nie daj Boże utknąć nim w drodze.

Na szczęście mamy XXI wiek i są całkiem dobre prognozy pogody, więc jeśli nie jest to sprawa życia i śmierci, po prostu zostańmy w domu. Naprawdę mało jest spraw, które nie mogłyby poczekać. A na długie zimowe wieczory najlepsze są wspomnienia, gorąca herbatka i dobra lektura. Moja ukochana książka na takie chwile to "Historia filozofii po góralsku" ks. Józefa Tischnera. Piękny z niego był człowiek, pięknie żył i pięknie myślał. Może dlatego, że był gorolem...

Na pocątku wsędy byli górole,
a dopiero pote porobiyli się Turcy i Zydzi.
Górole byli tyz piyrsymi "filozofami".
"Filozof" to jest pedziane po grecku.
Znacy telo co: "mędrol". A to jest pedziane
po grecku dlo niepoznaki. Niby, po co mo
fto wiedzieć, jak było na pocątku?
Ale Grecy to nie byli Grecy, ino górole,
co udawali greka. Bo na pocątku nie było
Greków, ino wsędy byli górole


Ale zanim nastali górole, to najpierw musiały być góry. Kocham góry, a już góry zimą to w ogóle: To po prostu bajka!

Zapraszam więc na krótki spacer w moje ukochane miejsca. Trochę w chmurach, trochę po ziemi... W klasycznych, niezrównanych tonach Vivaldiego.



Wiem, że nie wszystkie zdjęcia są dobrej jakości, ale wszystkie były robione sercem i tym co miałam pod ręką: Starym Zenithem, komórką i zwykłą cyfrówką. Ale i tak je kocham, tak samo jak kocham te wszystkie miejsca :)

piątek, 17 grudnia 2010

Sałatka śledziowo-ziemniaczana

Rozpoczął się czas spotkań przy śledziku, więc i u mnie nie mogło go zabraknąć. Od zawsze uwielbiałam połączenie smaków śledzia z ziemniaczkami i stąd pomysł na tę sałatkę. Jest bardzo prosta i szybka w przygotowaniu, więc świetnie się sprawdza w czasie przedświątecznej krzątaniny.



Składniki:
1kg ziemniaków, pęczek koperku, 2 cebule, 4 filety śledziowe a'la matias (najlepsze oczywiście są prawdziwe matiasy, ale tych ostatnio w handlu nie spotykam), olej z pestek winogron, a jeszcze lepiej lniany (który też niestety nie zawsze można dostać), sałata lodowa.

Sposób wykonania:
Ziemniaki przygotować jak w przepisie na sałatkę ziemniaczaną.

Filety śledziowe zalać wodą i moczyć przynajmniej pół godziny, jeśli są bardzo słone, to odpowiednio dłużej. Gdy już są w sam raz, wyjąć z wody i dobrze odsączyć przy pomocy papierowych ręczników.
Następnie każdego fileta przekroić wzdłuż na pół, a potem mniej więcej w centymetrowe paski. Cebulę i koperek posiekać, dodać do śledzia. Wszystko zalać olejem i wymieszać.
Sałatę lodową umyć i porwać palcami na mniejsze kawałki.

W naczyniu ułożyć warstwami: Sałatę, na to ziemniaki, a na koniec śledzika z cebulką i koperkiem. Całość wstawić na 1-2 godz. do lodówki, żeby się smaki ciut przegryzły.

Do tego najlepsza jest oczywiście czysta biała wódeczka ;)

Smacznego śledzika!

piątek, 10 grudnia 2010

Rozgrzewająca zupka z czerwonej soczewicy... I zasmażka ;)

Zimą jakby mniejszą mam ochotę na sałatki. Gdy wpada się z tej zimnicy do domu, nie ma to jak ciepła, treściwa zupka. Zupę z soczewicy zaczęłam gotować od niedawna, ale już stała się hitem w moim domu. Przepis jest udoskonaloną wersją przepisu, który dostałam od koleżanki, zarówno jeśli chodzi o składniki jak sposób przyrządzenia i podania. Wiele robiłam wariacji na ten temat, ale tej ostatniej będę się trzymać. Jest doskonała!



Składniki:
ok. 0,5 kg chudego surowego wędzonego boczku, włoszczyzna, 1 op. czerwonej soczewicy (350 g), 1 cebula, 1 łyżka mąki pszennej, 2-3 łyżki oleju, listki laurowe, ziele angielskie, pieprz ziarnisty, kminek cały, majeranek, czosnek, sól do smaku, karton przecieru pomidorowego (0.5 l), resztki pieczywa na grzanki.

Sposób wykonania:
Do sporego gara wlać wodę, dodać dużą łyżkę soli, 3-4 listki laurowe, kilka ziaren ziela angielskiego, małą garstkę (20-30 szt.) pieprzu ziarnistego, czubatą łyżeczkę ziaren kminku i obrane, przekrojone ząbki czosnku (pół główki). Wszystko razem zagotować.
Do wrzątku włożyć boczek, przykręcić gaz na minimum i pomalutku warzyć całość ok. 1,5 godziny.
W międzyczasie namoczyć soczewicę w zimnej wodzie, w osobnym garnuszku.
Gdy minie wspomniane wcześniej 1,5 godz., dodajemy do wywaru obraną, pokrojoną włoszczyznę, doprowadzamy do krótkiego wrzenia, przykręcamy gaz na minimum i zostawiamy go w spokoju, niech się powolutku pyka jeszcze ok godzinkę.

W tym czasie gotujemy również soczewicę i przygotowujemy grzanki.
Gotowanie soczewicy nie wymaga specjalnej uwagi. No może tylko na początku, bo po zagotowaniu lubi wykipieć, ale jak już opanujemy ten moment, przykręcamy gaz na minimum i też zostawiamy ją w spokoju.
Natomiast grzanki, hmm, z tym bywa różnie. Ostatnio się zagapiłam i dopiero siwy dym i smród mi o nich przypomniały. Nie było co ratować. A wietrząc, tak wymroziłam mieszkanie, że cały wieczór siedziałam potem w swetrze.

Wracając do tematu, grzanki łatwo jest przyrządzić :]
Pieczywko kroimy w kostkę, układamy na blasze, wstawiamy do nagrzanego piekarnika, i suszymy pomalutku w temp. 150-175 stopni. Bez termoobiegu! Jest zdradliwy, nawet na chwilkę nie można przysiąść wtedy przy kompie ;)
Dlatego dokładnego czasu pieczenia nie podam, trzeba pilnować i już.

Gdy mamy już grzanki, to i wywar na pewno jest już dobry.
Wyjmujemy wtedy boczek: mmmm, co za zapach... Talerz z boczkiem stawiamy w otwartym oknie bo do lodówki gorącego przecież nie wstawimy. W mroźnym, zimowym powietrzu szybko ostygnie, a i sąsiadom smaku narobimy :P

Wywar przecedzamy przez sito i dodajemy do niego ugotowaną soczewicę i przecier pomidorowy.

Teraz przygotowujemy zasmażkę: Na głęboką patelnię wlewamy 2-3 łyżki oleju, rozgrzewamy go, następnie wrzucamy drobno pokrojoną cebulkę i chwilkę podsmażamy. Gdy zacznie się złocić i pachnieć, dodajemy czubatą łyżkę mąki i robimy klasyczną, polską zasmażkę: Otrzymaną papkę energicznie rozcieramy drewnianą łyżką i smażymy aż delikatnie zmieni kolor i poczujemy charakterystyczny zapach. Wtedy podstawiamy patelnię pod kran i wlewamy troszkę zimnej wody. Bucha para i wtedy dopiero szybko zaczynamy mieszać, żeby nie zrobiły się nam kluchy. Gdy już rozetrzemy grudki mąki i uzyskamy gładką masę, znowu dolewamy troszkę wody i dalej rozcieramy, a potem jeszcze raz, aż uzyskamy konsystencję gęstej śmietany.
Gdy już taką mamy, wlewamy na patelnię trochę zupy, rozcieramy ponownie i całość wlewamy do gara z zupą.
Doprowadzamy do wrzenia i mieszając gotujemy jeszcze przez 10-15 min, żeby się smaki przegryzły, w międzyczasie dodajemy roztarty w dłoniach majeranek.

Zupkę podajemy z pokrojonym i świeżo zrumienionym na chrupko boczkiem i grzankami. Grzanki oczywiście podajemy osobno, żeby nie rozmiękły.

*****

Ufff, ale się rozpisałam, ale przygotowanie takiej zupy to zdecydowanie wyższa szkoła jazdy. Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach, a tych tu nie brakuje.

Z opisu wychodzi, że to gotowanie na pół dnia. Może i tak, ale na pocieszenie dodam, że taka porcja starcza na 3 dni i jak zwykle w takich przypadkach, najpyszniejszy jest ostatni talerz, więc warto się postarać.

Smacznego :)

poniedziałek, 29 listopada 2010

Zimowe tortille prawie jak z nad Morza Śródziemnego ;)

No i przyszła. Wcale za nią nie tęskniłam, ale jak już jest, to trzeba ją jakoś przetrwać. Uwielbiam zimę, ale nie w mieście. Na dodatek w tym roku zrobiła prawdziwe wejście smoka. Warszawa stoi, komunikacja leży, więc lepiej się nie ruszać z domu. A że dzisiaj Andrzejki, to trzeba sobie jakoś dogodzić.

Składniki których użyłam kojarzą mi się z Morzem Śródziemnym, jeszcze mam w oczach całe pola drzewek oliwkowych w Chorwacji. Stąd ta nazwa, bo przecież musiałam je choćby dla siebie jakoś nazwać, bo pomysł jak zwykle powstał pod wpływem chwili i zawartości lodówki ;)



Składniki:
4 gotowe placki (ja kupuję te mniejsze), 3 garście młodych listków szpinaku, kilka szt. suszonych pomidorów z zalewy, 10-15 szt. czarnych oliwek, ok. 10 dag sera Feta, ząbek czosnku, kawałek białej części pora, 1/4 dużej, czerwonej papryki, oliwa z oliwek.

Sposób wykonania:
Jak zwykle bardzo prosty :)
Listki szpinaku umyć, wysuszyć, obciąć ogonki, pokroić w poprzek w paski szerokości ok. 1 cm. Suszone pomidory pokroić dość drobno, oliwki na ćwiartki, Fetę pokruszyć, czosnek drobno posiekać, pora przekroić wzdłuż na pół i pokroić na cieniutkie półplasterki, paprykę w cienkie paseczki.
Wszystko skropić oliwą i wymieszać.
Tortille obficie nafaszerować nadzieniem (szpinak po podgrzaniu bardzo traci na objętości), ciasno zwinąć i pomalutku obsmażyć na grillowej patelni. Zalecam ostrożność, bo szybko się przypalają, a ze względu na farsz, wymagają dość długiej obróbki termicznej - ok 10 -15 min.
Delikatnie nasmarowane oliwą, znakomicie też przyrządza się je na grillu.
Niestety do lata ciągle daleko... Jednak po takim posiłku troszkę się humor poprawia :)

Smacznego

czwartek, 14 października 2010

Łazienki Królewskie w jesiennym słońcu

Jesień, to taki czas, kiedy przypominamy sobie, że wszystko przemija. Przyroda zmienia barwy tylko po to, by za chwilkę pozbyć się ich całkiem. Wtedy zostaną tylko odcienie szarości...

Kilka dni temu z ogromnym wzruszeniem obserwowałam akcję uwalniania chilijskich górników. Przetrwali 625 metrów pod ziemią przez 69 dni! Niewyobrażalna rzecz, a ich radość po wyjściu na powierzchnię - nie do opisania. To było naprawdę piękne.

Cieszmy się światłem, łapmy je gdy jest najpiękniejsze. Nie ma lepszego sposobu na jesienne deprechy niż dłuuugi spacer w pięknym miejscu, a Warszawskie Łazienki takie niewątpliwie są. Zapraszam :)

środa, 6 października 2010

Chrupanki serowo-czosnkowe

Nie znam nikogo, kto by nie lubił sobie pochrupać. Zazwyczaj sięgamy wtedy po jakieś chipsy. Może i są one smaczne, ale w ich składzie jest chyba cała tablica Mendelejewa. Dlatego dziś zaproponuję Wam moje ulubione chrupanki, nazwa moja własna, zabijecie, mnie nie pamiętam jak się w oryginale nazywały;)

Pomysł na nie przywiozłam z Litwy. Kapitalnie smakowały do piwa, chociaż ja nie jestem jego fanką... Do drinków jeszcze lepiej, bo nie są słone, a i bez jednego i drugiego też ;)

Są zdecydowanie zdrowsze od chipsów, no i chyba znacznie tańsze. Dzięki takim sztuczkom, prawie nigdy nie nie wyrzucam starego pieczywa. Właściwie cała ta przekąska jest z resztek, bo mozzarelli też potrzeba tylko troszkę, a równie dobrze można zastąpić ją innym tłustym żółtym serem. Można też zrobić sos serowy, ale przepis podam już innym razem. Dziś najprostsza opcja :)

Chrupanki serowo-czosnkowe



Składniki:
Ciemny chleb, czosnek, oliwa, mozzarella.

Sposób wykonania:
Kilka drobno posiekanych ząbków czosnku wrzucamy do miseczki, zalewamy oliwą, mieszamy i odstawiamy na kilka godzin.
Chleb kroimy na kromki, pędzlujemy oliwą czosnkową z obu stron, kroimy na zgrabne kawałki i układamy na blasze. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pomalutku pieczemy/suszymy w temp. 150 stopni przez ok. 30 min.
Po sprawdzeniu, że grzanki nabrały właściwej chrupkości, układamy je w miseczce partiami i przesypujemy niewielką ilością startej na tarce o grubych oczkach mozzarelli.
Przybieramy tym co mamy, ja oliwkami, bo zawsze są w mojej lodówce. Fajnie też komponują się smakowo suszone pomidory albo zwykłe ogórki kiszone lub konserwowe.

Pychotka, polecam, chrupią aż w mózgu :D

środa, 29 września 2010

Kotleciki z jaj i ślimakowa trauma ;)

Pogoda nas nie rozpieszcza i będzie coraz gorzej. Ten rok w ogóle jest jakiś popsuty. Jak mrozy to od razu arktyczne, jak upały to tropikalne, jak zacznie lać to cięgiem kilka dni, że o wątkach politycznych to już w ogóle szkoda gadać. Jakoś trzeba sobie poprawiać nastrój, a najprościej i najtaniej jakimś smacznym małym co nieco ;)

Kotleciki z jaj



Składniki:
5 jaj, duża cebula, pół pęczka natki, trochę tartej bułki, 5 dag ostrego żółtego sera (może być cheddar, a najlepiej kaszkawał), 2 dag prawdziwego masła, sól, pieprz w młynku, czosnek niedźwiedzi, olej z winogronowych pestek do smażenia.

Sposób wykonania:
4 jaja ugotować na twardo i dobrze wystudzić.
Cebulę obrać, pokroić, wrzucić na rozgrzane masło i usmażyć powolutku na złoto. Gdy zacznie się rumienić, troszkę posolić (podobno wtedy się nie przypala, ale i tak radzę uważać). Natkę umyć, wysuszyć i posiekać.

Ser i jajka zetrzeć do miski na tarce o grubych oczkach. Dodać cebulę, natkę, łyżkę bułki tartej, sól, świeżo zmielony pieprz (ja najbardziej lubię ten kolorowy). Wszystko wymieszać, spróbować, dosmaczyć. Jak w sam raz, to wbić surowe jajo i wyrobić całość na jednolitą masę.
Uformować zgrabne kotleciki, obtoczyć w tartej bułeczce i usmażyć na złoto.

Podawać najlepiej i najładniej z zieloną sałatą. Nawet dzisiaj kupiłam jej główkę, miało być smaczniej i ładniejsze zdjęcie... Niestety po rozpakowaniu przeżyłam szok: Razem z sałatą przyniosłam do domu całe gniazdo obrzydliwych ślimaków! A jeszcze od czerwcowego weekendu w Krakowie mam ślimakową traumę.
Wdepnijcie sobie bosą stopą w ślimaka śpiącego w wilgotnym klapku, to zrozumiecie co czułam. Cały kemping chyba obudziłam... I to nie raz!

A w ogóle to smacznego :)

piątek, 17 września 2010

Grzanki z masełkiem czosnkowym i mozarellą

No i mamy jesień. Na razie nie jest ona piękna ani złota, tylko raczej deszczowa i zasmarkana. Wszyscy wokół kaszlą i kichają, w końcu i mnie trafiło. Trzeba się leczyć, oczywiście czosnkiem, który wprost uwielbiam :)
Żeby nie jego specyficzne walory zapachowe, jadałabym go codziennie, bo pasuje on praktycznie do wszystkiego. No może poza jajecznicą, kiedyś zrobiłam, wyszła paskudna. Natomiast do gotowanych jajek pasuje świetnie, szczególnie w formie pasty do kanapek.
Pyszne jest też masełko czosnkowe, zarówno na zimno jak i na gorąco, na przykład zapieczone z dowolnym pieczywkiem pod pierzynką z delikatnej mozarelli...

Grzanki z masełkiem czosnkowym i mozarellą



Składniki:
Pieczywo (właściwie dowolne, pod warunkiem, że niezbyt świeże), 10 dag prawdziwego masła, kilka ząbków czosnku, natka pietruszki, sól, 10 - 15 dag żółtej mozarelli.

Sposób wykonania:
Najpierw robimy masełko czosnkowe: Do miseczki wkładamy wyjęte wcześniej z lodówki masło, dodajemy drobno posiekany czosnek i natkę, odrobinę solimy i ucieramy żeby się wszystko ładnie połączyło. Mozarellę ścieramy na tarce o grubych oczkach.
Następnie kroimy pieczywo, smarujemy je masełkiem, posypujemy startą mozarellą i układamy na blasze. Wstawiamy na środkowy poziom do piekarnika nagrzanego do temp. 200 st. Zapiekamy aż ser zacznie się rumienić (ok 8 min).
Mmmmm, pychota :)


Ostatnio często robię różne grzanki, oprócz tego, że są pyszne, to jest to znakomity sposób na nieświeże pieczywo. Jakoś nigdy nie umiem kupić w sam raz, więc często zostawało i potem nikt na nie nie miał ochoty. Co innego z grzankami, znikają zawsze, do ostatniej :)

PS. Ostatnio gdzieś wyczytałam, że oprócz natki i kawy, zapach czosnku świetnie niweluje mleko. Sprawdziłam, to działa :)

poniedziałek, 13 września 2010

Sałatka z kalafiora

Kalafior to jedno z najbardziej ulubionych przeze mnie warzyw, pod warunkiem, że nie jest rozgotowany na papkę i podany w tradycyjny w Polsce sposób, czyli polany zrumienioną na maśle tartą bułką. Niektórzy jeszcze, o zgrozo, posypują to coś cukrem.

Mam na niego lepsze sposoby, takie jak, panierowane różyczki, kotleciki czy dzisiejsza sałatka. Tę ostatnią lubię najbardziej. Od kilku lat, regularnie pojawia się na moim stole.

Sałatka z kalafiora



Składniki:
1 niezbyt duży kalafior, 1/2 makaronu świderki (bardzo dobry jest razowy ale jakoś ostatnio zniknął z pobliskich sklepów), 2 - 3 świeże ogórki, pęczek koperku, cieniutkie plasterki wędzonego boczku, 2 - 3 łyżki majonezu, mały kubeczek jogurtu naturalnego, ząbek czosnku.

Sposób wykonania:
Kalafiora umyć i podzielić na różyczki, wrzucić do wrzącej, dobrze osolonej, lekko zakwaszonej cytryną i posłodzonej wody, ugotować na chrupko. Osobno ugotować makaron, oczywiście al dente. Jedno i drugie dobrze wystudzić. Obrane ogórki przekroić wzdłuż na pół i pokroić w równe, dość grube półplasterki. Dodać posiekany koperek. Majonez utrzeć z jogurtem i posiekanym ząbkiem czosnku. Wszystkie składniki delikatnie wymieszać, polać sosem i przybrać kawałeczkami usmażonego na chrupko wędzonego boczku (ja kupuję zawsze paczkowany Morliny, ze względu na rewelacyjnie cienkie plasterki).

Warunkiem udania się tej sałatki jest odpowiednie ugotowanie kalafiora i makaronu - nie mogą być rozgotowane. W trakcie gotowania trzeba co chwilkę próbować i wyczuć odpowiedni moment. Ważne jest też dobre osolenie wody, makaron i kalafior muszą być dobrze słone, ponieważ sałatek z ogórkami się nie soli - za szybko puszczają wtedy wodę.

Zamiast boczku, można użyć wędzonego lub grillowanego, pokrojonego w paseczki kurczaka.
Polecam, smacznego.

Niestety sezon na kalafiory pomału się kończy, coraz trudniej kupić zgrabny, ścisły, bielutki, niezbyt wyrośnięty okaz. Kiedyś poza sezonem próbowałam tych zagranicznych, porażka. Nie wiem, może za dużo sypią je chemią w transporcie bo po ugotowaniu były gorzkie. Dziękuję za taką wątpliwą przyjemność... Więc adios kalafiory ;)

PS. Z przykrością ogłaszam rozpoczęcie sezonu chorobowego. Do mnie już zawitał, więc w następnych notkach pewnie czosnek wystąpi w roli głównej.

niedziela, 5 września 2010

Kaszanka z grilla inaczej

Jak pisałam w poprzedniej notce, kaszanka jest wyjątkowo niefotogeniczna. Nie powiem, co przypominała na fotkach z poprzedniej sesji ;)
Ostatnio wypadła już lepiej, więc zasłużyła na notkę na swój temat. Tzn. smakiem zasługiwała już wcześniej, bo jest po prostu pyszna. Na dodatek, przyrządzana w ten sposób jest znacznie lżejsza od usmażonej na patelni. Od lat jest to jedna ze stałych pozycji naszego letniego grillowania. Sposób przyrządzenia jest bardzo łatwy, to po prostu nie może się nie udać.

Kaszanka z warzywkami



Składniki:
Kilka szt. kaszanek, kolorowe papryki, spora cebulka, 20 dkg pieczarek, oliwa, musztarda, sól i pieprz oraz folia aluminiowa do pieczenia.

Sposób wykonania:
Przygotować tyle kawałków folii aluminiowej ile mamy kaszanek.
Kaszanki obrać z flaczków, każdą umieścić na osobnym kawałku foli, skropić oliwą i posmarować łyżeczką musztardy.
Umyte warzywa pokroić, oprószyć solą i świeżo zmielonym pieprzem, wymieszać w misce i rozłożyć równomiernie na kaszankach.
Folie szczelnie ale niezbyt ciasno pozawijać i delikatnie (żeby nie porozrywać) ułożyć na gorącym grillu. Piec, bez przekładania, ok 40 min.

Wiem, sezon grillowy już się kończy, ale możemy go trochę oszukać i upiec kaszanki w piekarniku. Będą równie dobre, sprawdziłam.
Piec w temp. 200 stopni przez ok 40 min.

Smacznego :)

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Szybka pizza na cieście francuskim

Wakacje dobiegają pomału końca, a słońce nie daje za wygraną i pali niemiłosiernie. W tej sytuacji stanie w kuchni i pichcenie potraw wymagających długich przygotowań, a już nie daj Boże długiego gotowania, jest po prostu niemożliwe.

Pizza na cieście francuskim to świetna propozycja na takie sytuacje. Nie wymaga praktycznie żadnych umiejętności ani przygotowań. No może poza jednym, zamrożone ciasto trzeba odpowiednio wcześniej wyjąć z lodówki i rozmrozić. Niezbyt trudne, prawda ;)
Składniki też nie muszą być jakieś specjalne, szybki przegląd lodówki, potem troszkę krojenia, chwilka pieczenia i gotowe ;)



Składniki:
Opakowanie mrożonego ciasta francuskiego ( ja kupuję to w rolkach, w płatkach za bardzo wyrasta i się kruszy).
Obowiązkowo ser żółty i sos pomidorowy lub śmietanowy, reszta wedle uznania.
U mnie akurat były w lodówce: szynka, pomidory, cebula, fileciki anchois i moje ukochane oliwki.

Sposób wykonania:
Rozmrożone ciasto rozwijamy, zdejmujemy z folii. Blachę wykładamy papierem do pieczenia i delikatnie przenosimy na nią ciasto. Następnie smarujemy je sosem pomidorowym i posypujemy tartym serem (najlepiej mozarellą lub cheddarem, dobry i ciekawy w smaku jest też kaszkawał). Następnie układamy pokrojone wcześniej składniki, w tym przypadku szynkę, oliwki, pomidory, cebulkę i anchois. Na koniec posypujemy to wszystko ziołami, w tym przypadku użyłam cząbru, gdyż świetnie komponuje się komponuje z pomidorami i cebulką.
Blachę z pizzą wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180 - 190 stopni na ok 15 min i uciekamy z kuchni. Upieczoną pizzę - szybkim ruchem - wyciągamy z piekarnika i zostawiamy na 10 minut, żeby ciut przestygła.
Ciasto francuskie charakteryzuje się wielką kruchością, więc nie należy go kroić od razu. Po odczekaniu tej chwilki można zacząć ucztę :)

PS. Ja bardzo lubię ją na zimno, niestety rzadko kiedy mam okazję jej takiej skosztować :)

PS2. Ta kompozycja składników była zupełnie przypadkowa, moje ulubione niebawem też się tu znajdą.

PS3. W przygotowaniu mam notkę z przepisem na wyjątkową kaszankę z grlla lub piekarnika (niestety, kaszanka nie jest zbyt fotogeniczna, pierwsze próby to całkowita porażka), no i oczywiście relacje z wakacji. Tym razem spędziłam je prawie w raju ;)

środa, 7 lipca 2010

Reszel - miasteczko spod znaku ślimaka

Wybory za nami, ich efekt na szczęście daje jakąś nadzieję... Można odetchnąć i pomyśleć o wakacjach. O swoich wakacyjnych planach pisać nie będę, żeby nie zapeszać ;)
Powiem tylko jedno, jak wszystko się uda, będzie masa zdjęć, mam nadzieję, cudownych :)

Odliczając dni do wyjazdu i przebierając już troszkę nogami, przeglądałam zdjęcia z poprzednich lat i trafiłam do Reszla.

Byłam tam kilka lat temu, wprawdzie za krótko, żeby go dobrze poznać, ale wystarczająco, żeby się w nim zakochać.

To moje drugie magiczne miejsce po Kazimierzu Dolnym. Co prawda Reszel nie jest tak pięknie położony, ale pod pewnym względem ma nad Kazimierzem niewątpliwą przewagę. Tam prawie nie ma ludzi! Kocham takie miejsca. Miejsca w których czas się zatrzymał, życie toczy się leniwie i nikt nigdzie się nie spieszy...







Przypomina Wam coś ostatnie zdjęcie? ;> Jeśli nie, zapraszam do wpisów Kazimierz Dolny - klezmerskie klimaty i Rasnov - średniowieczny zamek chłopski.

Slow Life to coś, co tygryski lubią najbardziej ;)
W dzisiejszych czasach ciągle gdzieś się spieszymy, mamy tysiące spraw do załatwienia...
Z czasem robi się to nie do ogarnięcia i wtedy trzeba zwolnić, bo inaczej odbije się to na naszym ciele, albo co gorsza - umyśle...
I stąd narodziła się idea Slow Life, za nią poszły Slow City, Slow Food i jeszcze jedno Slow, ale to nie ten blog ;)

Jeden ze znawców idei Slow Life powiedział:
Jedyną pewną rzeczą jest to, że wszystko się zmienia. Tempo zmian wzrasta. Jeśli nie chcesz wypaść z obiegu, lepiej przyspiesz – takie przesłanie niesie współczesny świat. Tymczasem warto pamiętać, ze nasze podstawowe potrzeby nigdy się nie zmienią. Potrzeba bycia zauważonym i docenionym. Potrzeba przynależenia do grupy, bliskości, opieki czy wreszcie odrobiny miłości! Wszystkie te potrzeby możemy realizować jedynie w niespiesznej relacji z drugim człowiekiem. Przeciwstawiając się globalnym zmianom, musimy na nowo odkryć spokój, refleksję i jedność. W ten sposób odnowimy nasze życie.

I właśnie tego, w ten letni czas Wam życzę :)

PS. Więcej zdjęć z Reszla znajdziecie w mojej świeżo założonej, jeszcze ciepłej galerii. Serdecznie zapraszam i pozdrawiam wakacyjnie wszystkich czytelników tego bloga :)

sobota, 19 czerwca 2010

Sałatka ryżowa z ananasem

Jest coraz cieplej, to i sałatki coraz lżejsze. Dzisiaj miałam chęć na ananasa :)

Błyskawiczna sałatka ryżowa z ananasem



Składniki:
Woreczek ryżu, pół puszki kukurydzy Splendor (Bonduelle jest za słodka), pół pęczka grubego szczypioru, garść liści szpinaku, olej z pestek winogron, cytryna, pół łyżeczki miodu.

Sposób wykonania:
Ryż ugotować wg przepisu na opakowaniu, wysypać na sitko, odstawić do ostygnięcia.
Ananasa pokroić na niewielkie kawałki, szczypior posiekać, kukurydzę odsączyć z zalewy.
Przygotować sos: Dokładnie wymieszać 1/4 szkl. soku z ananasa z łyżkę oleju, 1/2 łyżeczki miodu i sokiem z cytryny.
Szpinak umyć, wysuszyć, odciąć łodygi, pokroić w paski.

Do miski wrzucić ostudzony ryż, kukurydzę, ananasa i szczypior, zalać sosem i dobrze wymieszać. Przed samym podaniem dodać szpinak.

Robota żadna, a efekt bardzo fajny. Dla mnie, w lecie, wystarczy za cały obiad.
W wersji bardziej sycącej, można dodać pokrojone w słupki żółty ser i szynkę, albo dowolne wędzone, grillowane lub pieczone mięso.

środa, 19 maja 2010

Mazurska pocieszanka...

Źle się dzieje. Najpierw długa zima, teraz deszczowa wiosna, w międzyczasie katastrofa i chmura pyłu, a teraz powódź. Słońca nie ma nawet na lekarstwo. Nawet na spacer nie chce się wyjść.
Majowy weekend całkiem się nie udał, powoli zbliża się czerwcowy. Może wreszcie przestanie padać... No nic, trzeba myśleć pozytywnie i coś zaplanować.

Właściwie pomysły już są. W zależności od prognozy pogody jest plan A i plan B.
Plan A to Mazury. Cudowne miejsce, chociaż obawiam się, że po takich deszczach, komary będą jak smoki. Dzisiaj, szukając słońca, zaczęłam przeglądać swoje albumy i trafiłam do Mikołajek. Magiczne miejsce, ale też mi się smutno kojarzy. Ostatni raz byłam tam dzień po tragedii, jaką spowodował biały szkwał w sierpniu 2007 roku. Tego dnia było tam niesamowite światło...







Miała to być pocieszanka... No cóż, znowu mi nie wyszło...
Cały czas mi tylko kołacze się po głowie, że akurat to nieszczęście zgotowali sobie ludzie na własne życzenie. Z tego co pamiętam, zginęło 11 osób. Niepotrzebnie, tego naprawdę można było uniknąć.

Ja ten dzień spędziłam na półwyspie Kal, na kempingu nad Śniardwami. Od rana czuło się, że coś wisi w powietrzu, a na dobre 40 min. przed, widać było nadchodzący armagedon. Obserwowałam to z przystani: Od zachodu, szeroką ławą, nadchodził ogromny wał czarnych chmur. Najpierw dość szybko, potem nagle zwolnił. Jednocześnie powietrze stanęło w miejscu, zrobiło się ciężkie, naładowane, wręcz świecące...
Z przerażeniem obserwowałam, jak "wilki morskie", niczym się nie przejmując, wypływają z przystani... A potem trzeba było ich zbierać...

wtorek, 18 maja 2010

Szybkie pesto szpinakowe

Nie pamiętam takiej paskudnej wiosny. Może i jest wreszcie trochę cieplej, ale nie bardzo jest czym oczy nacieszyć. Ledwo drzewka owocowe obsypały się kwieciem, zaraz przyszły deszcze i skutecznie wszystko zmyły. Nawet nie zdążyłam chwycić aparatu :(

Sezon sałatkowy też zawiesiłam. Niby kupiłam już młodego polskiego kalafiorka na sałatkę, ale gdy przyszło co do czego, wyszła zupa kalafiorowa. Ugotowana na młodej włoszczyźnie też była pyszna.

Przez ten permanentny brak słońca nic się człowiekowi nie chce, nawet z obiadami idę po najmniejszej linii oporu. Ale jak się okazuje lenistwo też może być twórcze. Dzisiaj jestem zachwycona jego skutkiem :)

Szybkie pesto szpinakowe



Składniki:
4 garście makaron typu fale, 4 gałki mrożonego szpinaku, ząbek czosnku, 1 jajo, 2 łyżki oleju z pestek winogron, sól, trochę startego parmezanu.

Sposób wykonania:
Makaron ugotować al dente.
W międzyczasie, na patelni rozgrzać olej, wrzucić zamrożony szpinak i podgrzewać aż się rozmrozi. Mieszając smażyć go na małym ogniu kilka minut. Następnie dodać posiekany ząbek czosnku, jajko, sól i smażyć, ciągle mieszając, aż jajko się zetnie. Zestawić patelnię z ognia, dodać parmezan, wymieszać. Na koniec wrzucić ugotowany makaron i jeszcze raz wymieszać. Gotowe.
10 minut kręcenia łyżką, a efekt doskonały. Jest to naprawdę fajne i szybkie danie na chłodny, wiosenny dzień.

Smacznego :)

wtorek, 11 maja 2010

Sałatka ziemniaczana - najprostsza

Co prawda nie ma jeszcze młodych polskich ziemniaków, ale od jakiegoś czasu są już z Cypru, prawie tak samo dobre. Jak się je ugotuje z odrobiną kminku, masła i łodygami koperku, to smakują prawie jak nasze.

Dziś polecam, doskonałą w swej prostocie, sałatkę z młodych ziemniaczków :)



Składniki:
Świeże ogórki i ziemniaki (na oko - takie same objętości), koperek, majonez, jogurt naturalny.

Sposób wykonania:
Najważniejsze jest dobre ugotowanie ziemniaków, nie wolno ich rozgotować i trzeba je sporo posolić - wtedy nie musimy już solić sałatki, a ogórki nie puszczają wody.

Ziemniaki obrać, pokroić w dość grube półplasterki, zalać wrzątkiem, posolić, doprowadzić do wrzenia.
Gotować wolno, na małym ogniu ok. 10 min., trzeba pilnować i co jakiś czas próbować czy są już dobre (i to nie nożem, tylko wyjąć i ugryźć, bo inaczej trudno wyczuć odpowiedni moment kiedy już są ugotowane, ale się jeszcze nie rozpadają).
Gdy będą już dobre, wyjąć delikatnie łyżką cedzakową i rozłożyć na talerzu. Dobrze wystudzić. Muszą być całkiem zimne (np.jak robię sałatkę na obiad, to ziemniaki przygotowuję już rano, bo jak są zbyt świeże, to też podczas mieszania się rozpadają).
Ogórki obrać, pokroić w podobne półplasterki jak ziemniaki (może trochę cieńsze).
Łyżkę majonezu wymieszać z dwoma łyżkami jogurtu naturalnego i posiekanym koperkiem.
Ziemniaki i ogórki wrzucić do miski, zalać sosem i delikatnie wymieszać.

Tą sałatkę najlepiej przyrządzać tuż przed jedzeniem, gdy postoi za długo, ogórki puszczają wodę i wtedy nie jest już fajna. Ale gdy ma się ugotowane wcześniej ziemniaki, przyrządzenie jej zajmuje tylko chwilkę.

Jest znakomita od wiosny przez całe lato, świetnie nadaje się jako dodatek do mięs z grilla i kiełbasek, ale sprawdza się też przy mielonych, schabowych czy rybce lub jako samodzielne danie.

Ja dzisiaj podałam ją z pieczonym filetem z kurczaka.
Naprawdę polecam :)

sobota, 1 maja 2010

Sałatka z łososiem

Cisza tu ostatnio zapanowała, jakoś nie chciało mi się ani pisać, ani wymyślać nic nowego. Najwyższa pora jednak tę ciszę przerwać.
Bardzo czekałam na tę majówkę. Niby nie planowałam nigdzie wyjeżdżać, ale miałam nadzieję przynajmniej na małą włóczęgę rowerową... No cóż, pogoda nie dopisała, trzeba było sobie jakoś to wynagrodzić ;)
Ponieważ sezon plażowy tuż tuż, a o linię trzeba dbać, dokonałam uroczystego otwarcia sezonu na sałatki. A oto efekt:

Sałatka z łososiem



Składniki:
Kilka liści sałaty, 1/2 świeżego ogórka, 1/2 pomidora, kawałek łososia wędzonego na gorąco, resztka sera typu Brie, kilka oliwek, 1/2 małego kubeczka jogurtu naturalnego, łyżka majonezu, ząbek czosnku, 1/2 pęczka koperku, sok z cytryny, sól do smaku, kromka chleba, masło.

Sposób wykonania:
Najpierw robimy grzanki. Kromki chleba nacieramy czosnkiem, cienko smarujemy masłem, kroimy w kostkę i wstawiamy do nagrzanego piekarnika na jakieś 10-15 min, czyli do zrumienienia. Dobrze jest w międzyczasie grzanki "przegrzebać" ;)
Następnie siekamy drobno resztkę czosnku i koperek.
Do miseczki wlewamy jogurt, dodajemy czosnek, koperek, sok z cytryny, odrobinę soli, dokładnie mieszamy.
Teraz przypominamy sobie o "przegrzebaniu" grzanek ;)
Następnie zajmujemy się właściwymi składnikami sałatki. Umytą wcześniej sałatę rwiemy na kawałki i rozkładamy równo na półmisku. Ogórka obieramy ze skórki, przecinamy wzdłuż i kroimy w niezbyt cienkie półplasterki i układamy warstwą na sałacie. Podobnie postępujemy z pomidorem. Następne warstwy to podzielony na cząstki łosoś i pokrojony ser.
Oczywiście pamiętamy o grzankach w piekarniku! Na pewno już są dobre, więc wystawiamy je, żeby lekko przestygły.
Prawie gotową sałatkę polewamy sosem i posypujemy pokrojonymi oliwkami. Po obu stronach obsypujemy grzankami. Gotowe.

Smacznego :)

piątek, 2 kwietnia 2010

Świąteczne zapachy :)

Już dochodzi, zapach roznosi się po całym domu... Aż się trudno powstrzymać od oblizywania sztućców...

Świąteczna karkóweczka z suszonymi śliwkami



Składniki:

1 kg schabu karkowego, kostka prawdziwego smalcu, 2 cebule, 10 dag suszonych śliwek bez pestek, 3 ząbki czosnku, sól, majeranek.

Sposób wykonania:
Karkówkę umyć, natrzeć solą i przeciśniętym przez praskę czosnkiem, obficie posypać majerankiem, odstawić do lodówki na 24 h. W międzyczasie kilka razy ją odwrócić.

Następnego dnia wrzucić mięsko na rozgrzany tłuszcz, obsmażyć krótko ze wszystkich stron, dołożyć pokrojone cebule i dusić pod przykryciem na bardzo małym ogniu ok. 2 godz. Oczywiście również należy je kilkakrotnie obrócić. Na koniec dorzucić wypłukane śliwki i pomalutku dusić jeszcze ok 1 godz. Wyłączyć gaz i zostawić całość na noc, nabierze mocy i smaku. Rankiem jeszcze raz wszystko zagrzać i wyjąć mięso do ostudzenia. Pozostały z pieczenia smalczyk zlać do naczynia, postawić w chłodnym miejscu do stężenia. Od czasu do czasu zamieszać, żeby troszkę rozetrzeć śliwki.

Nie wiem co jest lepsze, ta karkówka, czy ten smalczyk :)

Świąteczna kuchnia nie zawsze jest lekka, ale za to jaka pyszna i pachnąca, mmmm... Szkoda, że nie można umieszczać na blogu zapachów ;)

Wszystkim zaglądającym tu życzę zdrowych, smacznych i spokojnych Świąt Wielkanocnych.

środa, 24 marca 2010

W wiosennych promieniach słońca...

nogi same niosą, a zwykłe wyjście po zakupy może stać się prawdziwą przyjemnością, oczywiście nie do Supermarketu, te omijam szerokim łukiem. Mam swój ulubiony bazarek. Jest malutki ale kupić tam można prawie wszystko. Na dodatek sprzedawcy wiedzą co lubię i sami dbają, żebym była zadowolona z zakupów. To bardzo cenne i miłe.
Ale nie o bazarku chciałam dzisiaj pisać, ten doczeka się na swoją kolej, jak już będzie więcej wiosennych warzyw, takich prawdziwych, dojrzałych w promieniach słońca.

Dzisiaj moja powrotna droga do domu troszkę się wydłużyła. Nie mogłam odmówić sobie przyjemności wracania przez park. Idąc, obserwowałam drzewa i krzewy. Niestety pąków jeszcze praktycznie nie widać, ale słońce tak przyjemnie grzało, że aż przysiadłam sobie na ławeczce. Mmm, miło było. Ciepełko, ptaszki cudnie śpiewały... Zaraz, jakie ptaszki? Rozejrzałam się uważnie, nie było żadnego... Chwyciłam za aparat i przez dziurkę uważnie zlustrowałam najbliższą okolicę. Dojrzałam jednego, ale to nie on śpiewał...



Tak sobie pomyślałam, że jemu też dobrze w tym słońcu, coś nas łączy :)

Dopiero na zdjęciu dostrzegłam, że jednak pąki są. Jeszcze chwilka i wiosna wybuchnie całą swoją zieloną mocą. Nareszcie!
Pozdrawiam wiosennie :)

czwartek, 18 marca 2010

Wreszcie jest, spotkałam ją osobiście :)

Miło mi ogłosić, że przyszła do nas wiosna, a oto dowody zebrane dzisiaj na moim podwórku :)





Od razu jakoś raźniej na sercu. Z tej radości aż rozpoczęłam dzisiaj wiosenne porządki. Jestem zmęczona, ale to dobre zmęczenie.

Pozdrawiam wszystkich wiosennie :)

wtorek, 16 marca 2010

Pomidorrr!

Była kiedyś taka gra. Jedno z dzieci zadawało coraz bzdurniejsze pytania, a przepytywany na każde miał odpowiadać: Pomidor. Na dodatek nie wolno się było roześmiać i to było w tym najtrudniejsze, a zarazem najśmieszniejsze. Do dziś się uśmiecham jak słyszę to słowo, a i do samych pomidorów też :)

Uwielbiam pomidory. Najbardziej takie świeże, prosto z krzaka... Zawsze najpierw odrywam ogonek i wącham... Mmm, co za zapach...

Dzisiaj zatęskniłam za pomidorami. Całą zimę udawałam, że ich nie widzę, bo te co są dostępne, są jakieś takie nieprawdziwe, ale dzisiaj nie wytrzymałam. Uśmiechnęły się do mnie same, takie podłużne, chyba z Hiszpanii. Wybrałam dwa, oderwałam ogonki... Nie jest źle, pachną. Nie tak jak te letnie, ale prawie :)

Pomyślałam sobie, że należy im się odpowiednia oprawa. Jak pomidor, to koniecznie też świeże listki bazylii, a ser Gorgonzola i oliwki same wpadły mi w ręce.



Składniki:
Farsz: 2 pomidory, garść czarnych oliwek, trochę świeżej bazylii, ok. 10 dag sera Gorgonzola.

4 tortille

Sposób wykonania:
Składniki farszu pokroić, wymieszać. Na plackach ułożyć porcje nadzienia i ciasno je zwinąć. Lekko posmarować oliwą i usmażyć ostrożnie (lubią się przypalić) na grillowej patelni.
Smacznego

Pomidory to temat rzeka, a sposobów ich przyrządzenia jest mnóstwo, więc chyba należy się im osobna kategoria. A może ktoś jeszcze zagra ze mną w Pomidora? ;)
Pozdrawiam

piątek, 12 marca 2010

Placki ziemniaczane prawie jak pizza:)

... ale jeszcze lepsze ;)



Składniki:
Na placki: ok. 1 kg ziemniaków, 2 duże marchewki, 1 cebula, 2 jajka, 4 łyżki mąki pszennej, kminek w ziarenkach, pieprz w młynku, sól, olej do smażenia.

Do przybrania: żółty ser (ja lubię Cheddar) i co mamy pod ręką. Ja miałam ochotę na marynowaną paprykę, czarne oliwki i kapary. Idealnie pasowałyby do tego zestawu anchois, ale nie miałam ich w domu.

Sposób wykonania:
Ziemniaki, marchew, cebulę obrać, umyć, zetrzeć na drobnej tarce do warzyw (na cienkie wiórki), wrzucić na sitko i dobrze odsączyć. Odsączoną masę przełożyć do miski, dodać jajka, mąkę, pół łyżeczki kminku, świeżo zmielony pieprz i ok łyżeczki soli (do smaku). Wszystko dokładnie wymieszać. Z przesączonego soku z warzyw delikatnie zlać z wierzchu płyn, pozostałą na dole skrobię dodać do masy i jeszcze raz wymieszać.
Placki smażyć na złoto. Po przełożeniu na drugą stronę posypać serem i pokrojonymi w międzyczasie dodatkami. Dosmażyć powolutku drugą stronę i wyłożyć na papierowy ręcznik, żeby odsączyć nadmiar tłuszczu, co wpływa nie tylko na kaloryczność potrawy ale też na jej chrupkość.
Pyyyyycha, właśnie zjadam ostatni kawałek :)

czwartek, 11 marca 2010

Resztkowa zapiekanka

Gdy nie mam pomysłu na obiad, najczęściej robię zapiekanki. To taka potrawa z niczego, ale bardzo smaczna. Zazwyczaj wychodzi mi jej za dużo, ale to nie problem. Resztki zawsze znikają na kolację ;)





Składniki:
1 kg ziemniaków, troszkę słoniny (najlepiej wędzonej), resztki kiełbas, wędlin, parówek itp., kawałek pora, 2 jajka, ok. 1/3 szkl. mleka, ok. 10 dag sera mozzarella i troszkę cheddara, sól, gałka muszkatołowa.

Sposób przyrządzenia:
Ziemniaki obrać, pokroić w pólplasterki grubości ok 1 cm, zalać wrzątkiem, dodać sól i ugotować. W międzyczasie zesmażyć drobno pokrojoną słoninę, następnie dodać pokrojone w paski "resztki", podsmażyć wszystko razem.
Ugotowane ziemniaki dobrze odcedzić, odparować, wyłożyć warstwą do wysmarowanego masłem żaroodpornego naczynia, oprószyć świeżo startą gałką muszkatołową.
Na ziemniaczkach ułożyć podsmażoną kiełbasę i pokrojonego w półplasterki pora.
Jajka wbić do kubka, roztrzepać widelcem, dodać mleko i troszkę soli, powtórnie wymieszać i zalać nimi zapiekankę. Posypać wszystko równomiernie startym serem, wstawić do nagrzanego piekarnika i zapiekać w temp. ok. 170 stopni jakieś 20-25 min.
Czas i temperatury podaję w przybliżeniu, bo te czynniki zależne są od piekarnika.
Najlepiej podejrzeć zapiekankę czy jajka już się ścięły.

Kiedyś zamiast mleka użyłam śmietany, niestety efekt był słaby, zapiekanka wyszła zbyt sucha... Ale może za mało jej użyłam. Dochodzę do wszystkiego metodą prób i błędów. Na szczęście te ostatnie zdarzają mi się bardzo rzadko :)

czwartek, 25 lutego 2010

Pasta pieczarkowo-jajeczna

Miał to być farsz do naleśników, ale okazało się, że nie ma w domu mąki.
I tak było pyszne :)

Pasta pieczarkowo-jajeczna



Składniki:
30 dag pieczarek, 3 jajka ugotowane na twardo, garść posiekanej natki pietruszki, 1 średnia cebulka, masło, olej do smażenia, sól, pieprz w młynku.

Sposób wykonania:
Pieczarki umyć, oczyścić, zetrzeć na grubej tarce, poddusić na maśle. Cebulkę posiekać, usmażyć na złoto na oleju, dodać do pieczarek, chwilkę przesmażyć razem.
Jajka obrać, również zetrzeć na grubej tarce, wrzucić do pieczarek. Dodać do smaku sól, świeżo zmielony pieprz, natkę, dobrze wymieszać.
Smacznego :)

środa, 24 lutego 2010

Sałatka śledziowa z jajkiem

Moja kolejna wariacja na temat śledzia, bardzo na czasie i pyszna :)

Sałatka śledziowa z jajkiem



Składniki:
2 szt. filetów ze śledzia z zalewy solnej (mogą być też z paczki), 1 spory ogórek kiszony, 1 średnia cebulka, pół puszki zielonego groszku, 3 jajka ugotowane na twardo, "zimowy" pęczek koperku*, 1 łyżka majonezu, 1-2 łyżki oliwy z oliwek.

Sposób wykonania:
Śledzia namoczyć w zimnej wodzie na ok. 1/2-1 godz. W międzyczasie pokroić w kostkę ogórka, cebulę i jajka. Koperek drobno posiekać. Gdy śledzie wymoczyły się już wg. naszego smaku, wyjąć je, dokładnie wysuszyć papierowym ręcznikiem i pokroić w nie zbyt drobną kostkę. Wszystko wrzucić do miski, dodać odsączony groszek, majonez, oliwę, wymieszać.
Podawać z tostami lub ziemniakami.
Smacznego :)

PS. Właśnie przyszło mi do głowy, że ta sałatka musi znakomicie smakować z gorącymi, pieczonymi ziemniaczkami (najlepiej w grubej soli).
Nie piekłam jeszcze w ten sposób ziemniaków, ale w najbliższym czasie upiekę i zdam relację.

środa, 17 lutego 2010

Naleśniki, lepsze niż hawajskie ;)

Naleśniki to mój inny sposób na sałatki. Bo kto powiedział, ze sałatka nie może być na ciepło? ;) Zawinięta na dodatek w pysznego naleśnika... Mmmm, po prostu palce lizać. Dziś, wprawdzie z małym opóźnieniem, naleśniki ostatkowe - lepsze od pizzy hawajskiej. Mój najnowszy pomysł, a zarazem prawdziwy hit w moim domu :)

Składniki:
Podaję tylko na farsz, bo na same naleśniki jest ich mnóstwo, a każdy ma swój ulubiony.

Mała puszka kukurydzy Bonduelle, biała część pora, 4-5 plastrów ananasa z puszki, ok 20 dag wędzonej piersi z kurczaka, 15 dag twardego żółtego sera (najlepiej ostrzejszego, moje ulubione to Cheddar, ewentualnie Morski), 1-1,5 łyżki majonezu.

Sposób wykonania:
Kukurydzę odsączyć, pora, kurczaka, ananasa pokroić, ser zetrzeć na grubej tarce. Wsypać do miski, dodać majonez, dokładnie wymieszać. Na usmażone wcześniej naleśniki nałożyć farsz i zwijać ciasno w ruloniki. Gotowe ułożyć w naczyniu do zapiekania, posypać resztką sera i zapiec.
Smacznego :)

niedziela, 7 lutego 2010

Fromage z wędzonym boczkiem

Z tęsknoty za wiosną i świeżymi warzywami ostatnio codziennie tworzę nowe smaki, w końcu ile można jeść wędlin. Te gotowe są nudne i wręcz trujące. Co prawda, można piec mięska, ale po świętach i karnawale mam już ich przesyt, zresztą są zbyt ciężkie, żeby jeść je codziennie... Bo przecież jak karkówka, schabik czy boczek, to tylko na prawdziwym smalcu... A potem strach będzie spojrzeć w lustro ;)
Stąd moje poszukiwania, zresztą całkiem owocne. Przygotowywanie posiłków też może być twórcze, a ile daje satysfakcji!

Fromage z wędzonym boczkiem



Składniki:
1 opakowanie czosnkowego fromage, 10 dag wędzonego boczku, mały ogórek kiszony, pół pęczka dymki, kilka szt. zielonych oliwek, kilka szt. suszonych pomidorków, jogurt naturalny.

Sposób wykonania:
Serek rozdrobnić widelcem. Boczek, ogórka, pomidorki, dymkę, oliwki dość drobno pokroić. Z dodatkiem jogurtu utrzeć na gładką pastę. Serwować oczywiście z pełnoziarnistym pieczywem. Pyyyycha :)

sobota, 6 lutego 2010

Pasta z wędzonego śledzika

Mój najnowszy pomysł, rewelacja!

Pasta z wędzonego śledzika



Składniki:
1 wędzony śledzik, kilka suszonych pomidorków, 1 mały ogórek kiszony, 1 opakowanie serka typu fromage, ok. 1/2 kubeczka jogurtu naturalnego, pęczek dymki, sól, pieprz.

Sposób wykonania
Śledzika obrać ze skóry i ości, pomidorki, ogórka, szczypior pokroić dość drobno, serek rozdrobnić widelcem. Wszystko razem wrzucić do miski, dodając wg. smaku i potrzeby jogurt, sól i pieprz, utrzeć na jednolitą masę. Pyszne i zdrowe!
Smacznego :)

wtorek, 2 lutego 2010

Sałatka z kurczakiem gyros

Jest to jedna z najbardziej lubianych sałatek w moim domu :)



Składniki:
Kilka liści kapusty pekińskiej, 1/2 szk. ryżu, mała puszka kukurydzy Bonduelle, 1/2 puszki ananasa w kawałkach, 1 filet z piersi kurczaka, kawałek pora (10-15 cm), 2 łyżki majonezu, przyprawa Gyros - Kotanyi, olej do smażenia.

Sposób wykonania:
Ryż ugotować na sypko, przestudzić. Mięso pokroić w cienkie paski, obsmażyć na oleju, posypać dość obficie przyprawą, dusić na malutkim ogniu ok. 10 min.
Liście kapusty pokroić w paski ok. 1 cm, pora przekroić wzdłuż i pokroić w cienkie półplasterki.
Ryż, kapustę, pora, odsączonego ananasa i kukurydzę wsypać do miski, dodać po dwie łyżki majonezu i soku z ananasa, wszystko dokładnie wymieszać.
Gotową sałatkę przybrać kawałkami usmażonego i przestudzonego kurczaka.
Gotowe. Niebo w gębie :)

czwartek, 28 stycznia 2010

Żółta pasta "na zdrówko" ;)

Znowu coś mnie złapało :(
Zawsze w takich przypadkach, pierwsze lekarstwo o jakim myślę, to moja pasta "na zdrówko". Pomysł na nią przyszedł z czasem. Byłam kiedyś u znajomych na małej imprezce. Wśród wielu znanych, tradycyjnych smaków mile zaskoczył mnie pomysł gospodyni na prawie sałatkę z sera żółtego. Piszę prawie, ponieważ było to bardzo proste danie, pokrojony dość drobno żółty ser, wymieszany z majonezem i siekanym czosnkiem. Strasznie mi to smakowało. Jednak w tej postaci było dość ciężkie. Postanowiłam ten przepis udoskonalić. Efekt jest taki, że za każdym razem znika szybciej niż było przyrządzone, a moje dziecko wprost uwielbia takie "leczenie" :)

Żółta pasta "na zdrówko"



Składniki:
4 ugotowane na twardo jajka, 10-15 dag twardego, żółtego sera, pęczek natki, pół główki czosnku, 2-3 łyżki majonezu, sól do smaku.

Sposób wykonania:
Czosnek i natkę drobno posiekać, lekko osolić i wymieszać z 2 łyżkami majonezu. Jajka i ser zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Wszystko razem dobrze wymieszać.
Gotowe. Pyyyyycha!
Gdyby nie walory zapachowe tej potrawy, pewnie jadłabym ją codziennie, a tak muszę czekać na pretekst w postaci zarazy :)

Nikomu zarazy nie życzę, ale jeśli już się trafi, to serdecznie polecam moje "lekarstwo" :)

czwartek, 21 stycznia 2010

Sałatka śledziowa a'la skandynawska

Sałatki są ulubionym moim pożywieniem. Mają one naprawdę wiele zalet, oprócz tego, że są zdrowe, to łatwo i szybko się je przyrządza, no i w każdej chwili można sięgnąć do lodówki i ma się pyszne, gotowe jedzenie. Rzadko kiedy wychodzą mi porcje na raz, a w przypadku tej dzisiejszej wyszła mi porcja na dwa dni. I to jest piękne, jutro luzik :)
Wbrew pozorom, nie są one również drogie, bo jeśli nawet używam czasem droższych składników, to pozostałe to równoważą. A to bogactwo smaków i zapachów po prostu bezcenne! :)

Zimową porą te sałatki powinny być treściwsze niż wiosenno-letnią, dlatego należy wzbogacić je czymś konkretnym. Mnie dzisiaj naszło na śledzia i stąd:

Sałatka śledziowa a'la skandynawska



Składniki:
4 mięsiste filety śledziowe, 2 średnie kiszone ogórki, 2 średnie czerwone cebule, 1 duże, niezbyt słodkie jabłko (najlepiej lobo), 1 kubeczek gęstego jogurtu (greckiego), natka pietruszki do przybrania.

Sposób wykonania
Filety zalać wodą i moczyć przynajmniej pół godziny, jeśli są bardzo słone, to odpowiednio dłużej. Gdy już są w sam raz, wyjąć z wody i dobrze wysuszyć przy pomocy papierowych ręczników.
Wszystkie składniki pokroić w kostkę i wymieszać z jogurtem. Przybrać natką pietruszki.
Podawać z chlebem razowym lub grzankami z pełnoziarnistego pieczywa.

Ta sałatka jest pożywna i trwała, więc można ją przygotować wcześniej i np. w pojemniczku zabrać ze sobą jako drugie śniadanie.
Polecam :)

PS. Może jestem dziwna, ale ze wszystkich słodyczy najbardziej smakują mi śledzie ;)

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Droga Transfogaraska - prawie do nieba...

To już ostatnia część mojej opowieści o Rumunii. Troszkę mi się z tym zeszło, bo najpierw nie było czasu, a potem dość długo się zbierałam, bo temat jest naprawdę wyjątkowy. Tym razem nie będzie to zwiedzanie miast ani zamków, tylko wycieczka. Wycieczka prawie do nieba, najpiękniejszą drogą Europy, jak nie świata - drogą Transfogaraską.

Droga Transfogaraska, przecinając Góry Fogaraskie - najwyższe pasmo rumuńskich Karpat - łączy Transylwanię z Wołoszczyzną. Jest drugą, najwyżej położoną drogą w Rumunii. Pierwsza to Transalpina, ale o jej pokonaniu bez prawdziwego terenowego samochodu nawet nie ma co marzyć. Nie mówiąc o posiadaniu naprawdę mocnych nerwów, bo już na tej, wszyscy mieliśmy mokre ręce, a w niektórych momentach zapominaliśmy nawet o oddychaniu i wypatrywaliśmy tylko miejsc, w których można się zatrzymać i złapać równowagę.

Droga ta, to spadek po Ceauşescu. Wymyślił ją sobie początkowo jako leśną, prowadzącą do mającego wkrótce powstać, ośrodka sportów zimowych. Jednak w trakcie budowy nastąpiła zmiana projektu i zbudowano dwupasmową drogę krajową, będąca manifestacją możliwości technicznych Rumunii.

Do budowy skierowano oczywiście żołnierzy. Podczas morderczych prac zginęło ich 20 (niektóre źródła podają, że nawet 40). Roboty trwały 5 lat, a do wysadzania skał zużyto 6 mln. kg dynamitu!

Droga jest naprawdę niesamowita, prowadzi skalnymi półkami, mostkami, wiaduktami, niezliczoną liczbą przyprawiających o zawrót głowy zakrętów. W najwyższym punkcie, na wysokości ponad 2000 m n.p.m. znajduje się prześliczne, polodowcowe Jezioro Balea, a za nim najdłuższy w Rumunii tunel.

Gdy się w niego wjedzie, nie widać nic, nawet przysłowiowego "światełka". Jest po prostu ciemność i tylko światła samochodu wskazują jak dalej jechać... To naprawdę robiło wrażenie.

Za tunelem jest jeszcze piękniej. Wspaniałym krajobrazom uroku dodają pasące się gdzieniegdzie konie, owce, czasem nienerwowo spacerują po szosie osły. Droga wznosi się i opada, skręca nagle za skałami, czasem ma się wrażenie, że dalej nie ma już nic... Ale jest. Od pewnego momentu wije się wzdłuż Jeziora Vidraru. Jest to jezioro zaporowe, bardzo długie i z racji górzystego terenu ma niezwykle poszarpaną linię brzegową. Tutaj dopiero jest mnóstwo zakrętów!

W końcu dojeżdżamy do samej zapory. Jest naprawdę ogromna, bałam się spojrzeć w dół. Ba! Bałam się nawet zbliżyć do balustrady.
Tak na oko, miała ze 150 m wysokości, z jednej strony była woda, z drugiej beton...
Zwieńczeniem tego wszystkiego jest metalowy pomnik człowieka, symbol tryumfu człowieka nad naturą. Wyobrażam sobie, jak podczas burzy muszą walić w niego pioruny... Na szczęście tego dnia pogoda była wyjątkowo piękna ;)

Za zaporą jest następny tunel, troszkę krótszy, za nim znowu baardzo stroma droga... Nagle, na jednym ze szczytów wyłania się prawdziwy zamek Vlada Palownika! Jeszcze chwilka i jesteśmy w Poienari, wszyscy głodni jak wilki, bo po drodze nie bardzo jest gdzie zjeść.
I tu dylemat, idziemy do knajpy, czy do zamku... Do zamku jest jakieś półtora tysiąca schodów, a pora robi się późna... Wygrał rozsądek, poszliśmy "coś" zjeść. Słowo coś celowo napisałam w cudzysłowie... Jedzenie tam było wyjątkowo podłe, ale zaoszczędzę Wam szczegółów.

Za to psy były bardzo zadowolone;) Pewnie zauważyliście już, że od czasu do czasu na moich zdjęciach pojawiają się psy. Zanim tam pojechałam, to wyczytałam gdzieś, że w Rumunii wszędzie można spotkać dzikie psy, nawet radzili tam, żeby zabrać ze sobą petardy... Przyznam, że troszkę się obawiałam tych psów, niepotrzebnie. To są wyjątkowo miłe i łagodne zwierzaki. Nie ma w nich żadnej agresji.
Pojawiają się wszędzie, na kempingach, w centralnych punktach miast, na szosach. Szukają jedzenia, a gdy już się najedzą, beztrosko rozkładają się i śpią. Widząc to, przyszło mi na myśl, że Rumuni muszą bardzo dobrze je traktować... Może przez to, że koniecznie chcą wierzyć iż pochodzą od starożytnych Rzymian, może bliska jest im legenda o wilczycy, która wykarmiła Romulusa i Remusa i stąd ten szacunek do psów... W Konstancy przecież nawet postawili jej pomnik. Ale to są tylko moje domysły ;)

Jeśli chodzi sam zamek, to została z niego już tylko część. Na początku XX w. na skutek trzęsienia ziemi, jego północna część zawaliła się i runęła w dół razem z wielkimi głazami, na których się wznosiła.
Tak naprawdę, poza legendami, nie ma żadnych dowodów, że to właśnie był zamek Vlada. Jednak nie można (jak w przypadku zamku w Branie) też tego wykluczyć. Przeprowadzone w 1969 r. badania archeologiczne dowiodły, że pierwotna warownia była niewielkim punktem oporu, złożonym z małej kwadratowej wieży z kamienia i została wzniesiona w I poł. XIV w. Z czasem twierdza została rozbudowana. Jest więc możliwe, a nawet bardzo prawdopodobne, że nad rozbudową pracowali w pocie czoła Turcy i Wołosi będący na usługach Vlada Palownika.
Następnym razem na pewno i tam dotrę. Tym razem było to niemożliwe, za późno wybraliśmy się na tę wycieczkę i baliśmy się, że za dnia nie zdążymy wrócić na kemping. Musieliśmy jechać tą samą drogą, a ponad 100 km takich rozrywek po ciemku, to by było stanowczo za dużo jak na nasze nerwy.
Prawie się udało...

I to już chyba wszystko, co chciałam Wam opowiedzieć o Rumunii... Ale nie na pewno, mogę sobie jeszcze coś przypomnieć ;)

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam i serdecznie zapraszam na kolejną, ostatnią już wycieczkę :)



I to by było na tyle...
 

Designed by Światłoczuła & LEW21. Powered by Blogger