Swiatloczula.eu

środa, 29 września 2010

Kotleciki z jaj i ślimakowa trauma ;)

Pogoda nas nie rozpieszcza i będzie coraz gorzej. Ten rok w ogóle jest jakiś popsuty. Jak mrozy to od razu arktyczne, jak upały to tropikalne, jak zacznie lać to cięgiem kilka dni, że o wątkach politycznych to już w ogóle szkoda gadać. Jakoś trzeba sobie poprawiać nastrój, a najprościej i najtaniej jakimś smacznym małym co nieco ;)

Kotleciki z jaj



Składniki:
5 jaj, duża cebula, pół pęczka natki, trochę tartej bułki, 5 dag ostrego żółtego sera (może być cheddar, a najlepiej kaszkawał), 2 dag prawdziwego masła, sól, pieprz w młynku, czosnek niedźwiedzi, olej z winogronowych pestek do smażenia.

Sposób wykonania:
4 jaja ugotować na twardo i dobrze wystudzić.
Cebulę obrać, pokroić, wrzucić na rozgrzane masło i usmażyć powolutku na złoto. Gdy zacznie się rumienić, troszkę posolić (podobno wtedy się nie przypala, ale i tak radzę uważać). Natkę umyć, wysuszyć i posiekać.

Ser i jajka zetrzeć do miski na tarce o grubych oczkach. Dodać cebulę, natkę, łyżkę bułki tartej, sól, świeżo zmielony pieprz (ja najbardziej lubię ten kolorowy). Wszystko wymieszać, spróbować, dosmaczyć. Jak w sam raz, to wbić surowe jajo i wyrobić całość na jednolitą masę.
Uformować zgrabne kotleciki, obtoczyć w tartej bułeczce i usmażyć na złoto.

Podawać najlepiej i najładniej z zieloną sałatą. Nawet dzisiaj kupiłam jej główkę, miało być smaczniej i ładniejsze zdjęcie... Niestety po rozpakowaniu przeżyłam szok: Razem z sałatą przyniosłam do domu całe gniazdo obrzydliwych ślimaków! A jeszcze od czerwcowego weekendu w Krakowie mam ślimakową traumę.
Wdepnijcie sobie bosą stopą w ślimaka śpiącego w wilgotnym klapku, to zrozumiecie co czułam. Cały kemping chyba obudziłam... I to nie raz!

A w ogóle to smacznego :)

2 komentarze:

  1. Ja mam uraz do wszelkich wynalazków ala kotlet z czasów szkoły średniej kiedy to takimi rzezam nas raczyli na szkolnej stołówce ;)

    Pasowałoby kilka takich rzeczy odświeżyć, po swojemu co by odczarować wrażenie kiepskiego wykonania :)

    U mnie ostatnio w obiegu głównym jest surówka colesław, która tak posmakowała mi w wersji wlasnej roboty, że trę kapuchę do wszystkiego :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj tak, szkolne stołówki wiele krzywd wyrządziły naszym psychikom. Odkąd z kotleta mielonego wyciągnęłam pióra, przez wiele lat nawet patrzeć na nie nie mogłam, brrr
    Ale też już je odczarowałam i wprost uwielbiam, ale tylko te mojej mamy lub swoje... I tego chyba już nic nie zmieni :)

    Natomiast colesława bardzo lubię, ale dla odmiany nie umiem. Coś robię nie tak i nie mogę tego przeskoczyć. Na razie się zniechęciłam ;)

    OdpowiedzUsuń

 

Designed by Światłoczuła & LEW21. Powered by Blogger