Swiatloczula.eu

środa, 22 czerwca 2011

Chorwacji cd i troszkę o matce specjalnej troski ;)

Tak sobie myślę, że o Chorwacji właściwie nie ma co się rozpisywać, w sieci jest pełno opisów i reklam, więc Ameryki w tym temacie nie odkryję. Faktycznie, jest to mały kraj na wielkie wakacje, ale pod jednym warunkiem, poza sezonem.

Wypasiony kemping, na którym mieliśmy rezerwację okazał się całkowitą porażką. Przyczepa na przyczepie, a rezerwacja dokonana za 25 euro sprowadziła się do tego, że nas na niego wpuścili, a potem człowieku martw się sam. Byliśmy jednak zbyt zmęczeni, by szukać innego. Jakoś udało się wcisnąć 2 przyczepy, ale nie były to warunki, w jakich chcielibyśmy spędzić wakacje. Ale nic to, pomyślimy o tym jutro.
Dzisiaj już tylko kolacja z drinkiem i kąpiel w ciepłym morzu. Znaczy, tak myślałam.

Przed snem postanowiłam przespacerować się jeszcze do toalety i to był błąd. Odnalezienie w nocy, w nowym miejscu, na 13-hektarowym kempingu jest praktycznie niemożliwe. Niby miałam ze sobą komórkę, ale wszyscy byli tak zmęczeni, że nie słyszeli gdy dzwoniłam... Błąkałam się po ciemku przez dłuższy czas i lipa. Już sobie nawet bardzo nieszczęśliwa zaczynałam myśleć, że gdzieś pod płotem przekimam do rana, gdy zaczęło się rozjaśniać i gdzieś na horyzoncie mignął mi znajomy cyprysik.
Udało się, znalazłam się we własnym łóżku, ale już wiedziałam na pewno, że nie zostanę tu ani chwili dłużej, niż to konieczne.

Oczywiście następnego dnia wszyscy mieli ze mnie niezły ubaw. Tak już mam, że jak komuś może się zdarzyć coś dziwnego, to na pewno będę to ja. Moje dziecko już dawno mnie nazwało mamą specjalnej troski ;)
Chociaż, po zastanowieniu, to my właściwie wszyscy tak mamy, ale ciiiii ;)

W każdym razie, następnego dnia panowie ruszyli na poszukiwania czegoś lepszego, w sensie mniejszego i spokojniejszego. I oczywiście znaleźli, na nich zawsze można liczyć! Spakowanie 2 "domków" zajęło nam niecałe 15 min, a po następnym kwadransie rozbijaliśmy się na małym, cichym kempingu pod sosnami. Praktycznie na samej plaży! To nic, że wifi nie latało w powietrzu, było po prostu pięknie :)



Potem już naprawdę była bajka, pod warunkiem, że nie chciało nam się akurat czegoś zwiedzać, a że ja praktycznie nie umiem usiedzieć na miejscu, tylko nosi mnie z aparatem, to się wkurzałam. Znaczy trochę zwiedziliśmy, ale to pikuś wobec tego co chciała bym zobaczyć.
Tak więc Chorwacja jak najbardziej tak, ale nigdy w sezonie.

A tak w ogóle to prawdziwe morze jest zielone, dlatego w tym roku wracam nad Bałtyk. Już kilka lat nad nim nie byłam, a baaaardzo tęsknię.

Ufff, zdążyłam ;)

niedziela, 19 czerwca 2011

Chorwacja - kraina w skale wykuta

Nijak nie mogłam się za nią zabrać. Niby fajna, ale... No właśnie, za dużo tych ale było. Było za gorąco, za dużo ludzi i zdecydowanie zbyt monotonnie. Znaczy pięknie, ale wszędzie tak samo, czyli nudno. O czym upewniło mnie przejrzenie ok 1,5 tys zdjęć. Taka bajka, ale troszkę dla leniwców ;)
W każdym razie co najmniej kilka fajnych fotek udało mi się wybrać i zmontować coś w bardzo wakacyjnym nastroju. Zapraszam :)



Dalszy ciąg za chwilkę, cokolwiek to znaczy :)

niedziela, 12 czerwca 2011

Sałatka ziemniaczana raz jeszcze :)

To tak na potwierdzenie, że jest żelazną pozycją w moim domowym menu, a i fotka zdecydowanie lepsza mi wyszła ;)


Polecam klik

A tak w ogóle to kocham późną wiosnę / wczesne lato. Młode ziemniaczki, fasolka, kalafiorek i do tego truskawki. Jest cudnie :)

Dobra, obiecuję, że następna notka będzie wreszcie o Chorwacji :)

piątek, 3 czerwca 2011

Kotlety z kalafiora absolutnie wypasione ;)

Przymierzałam się do nich od dłuższego czasu i wreszcie je popełniłam. Tzn. popełniłabym je już wcześniej, ale żaden ze znalezionych przepisów mnie nie satysfakcjonował. Miałam okazję ich popróbować w kilku miejscach i zawsze im brakowało, ale wiedziałam, że przy odrobinie wysiłku mogą być rewelacyjne. Potrzebny był tylko pomysł, który, jak to najczęściej bywa, sam w końcu przyszedł.
Wyszły przepyszne :)



Składniki:
Proporcje na młodego kalafiora. Na sezonowego resztę składników należy podwoić.
1 kalafior, średniej wielkości cebula, 5 plastrów (na oko 10 dkg) surowego wędzonego boczku, 5-10 dkg (znowu na oko było) ostrego zółtego sera, garść posiekanego koperku (mmmm, jak on teraz pachnie!), 2 jajka, bułka tarta, sól, pieprz w młynku, olej do smażenia.
W wersji wege boczek można zastąpić lekko uprażonymi pestkami z dyni, słonecznika, albo orzechami, ważne by było to coś chrupkiego.

Sposób wykonania:
Kalafiora myjemy, dzielimy na różyczki i gotujemy w dobrze osolonej wodzie, z dodatkiem łyżeczki cukru i soku z połówki cytryny. Gdy jest już miękki (ale nie rozgotowany), odcedzamy i zostawiamy do wystudzenia.
Boczek kroimy w dość drobną kostkę i pomalutku smażymy na oleju aż uzyska właściwą chrupkość. Wtedy, odsączając tłuszcz, zdejmujemy go z patelni, a na pozostałym rumienimy na złoto cebulkę. Podczas smażenia dobrze jest ją posolić, wtedy nie przypala się, tylko ładnie złoci. Oczywiście rumienimy ją też pomalutku. Gotową odstawiamy żeby też ciut przestygła. Ser ścieramy na tarce o grubych oczkach.

Teraz zaczyna się właściwa robota: Różyczki kalafiora wrzucamy do miski i traktujemy praską do ziemniaków, ale bez przesady. Następnie dodajemy przygotowane wcześniej boczek, cebulkę, koperek i ser. Do tego dodajemy 2 czubate łyżki tartej bułki, wbijamy surowe jajo i wkręcamy sporo pieprzu.
Wyrabiamy wszystko na jednolitą masę i formujemy zgrabne kotleciki.
Panierujemy je w jajku i tartej bułce i smażymy na złoto.

Dla mnie bomba! Serving sugestion nie będzie, bo wpierniczałam je same. Nic więcej do szczęścia nie było mi potrzebne. Nawet na zimno były pyszne.

Wiem, nie są wege, ale ja też nie jestem. Ma być w miarę lekko i smacznie i tyle w temacie :)

PS. W następnych notkach będzie o ostatnich wakacjach. Wreszcie przebiłam się przez fotki. Wiem, beznadziejna jestem, ale tak już mam, że jak na coś nie mam ochoty, to nie i już. Nic na siłę.
Grunt, że zdążę (chyba) przed następnymi wakacjami :)

Pozdrawiam ciepło :)

czwartek, 5 maja 2011

Mały Maciek I Wielcy Czarodzieje

Mały Maciek najprawdopodobniej nie dożyje nawet do pełnoletności, podobnie jak inne dzieci cierpiące na Mukopolisacharydozę (tzw.Sanfilippo). Po drodze jego organizm zostanie wyniszczony krok po kroku, dzień po dniu, kawałek po kawałku. Dziś bawi się jak inne dzieci, przytula do rodziców, głośno śmieje…

POMÓŻ NAM ZEBRAĆ POTRZEBNĄ ILOŚĆ FUNDUSZY NA BADANIA NAD LEKIEM NA SANFILIPPO !

Możesz to zrobić polecając aukcje charytatywne i… Zbiórkę dla Maćka!

Jeśli się uda, może choroba nie zabierze nam Maciusia…

profil Maćka - zaproś go do znajomych :)

fanpage Maćka - polub nas :)

Tutaj licytacje wydarzeń i rzeczy, z których dochód jest przeznaczony WYŁĄCZNIE na Maćka!

Plakat z autografami GWIAZD (Adamczyk,Kożuchowska)
Charytatywna - Zwiedzanie siedziby i studia TVN
Cegiełki charytatywne Maciek i Wielcy Czarodzieje
Zaproszenie na wystawę obrazów Joanny Baumgartner
Piłka z autografami Reprezentacji Polski Siatkarek
Indywidualna lekcja jazdy konnej - pod Warszawą
Własne nagranie w studio dubbingowym z aktorem
Twojego PROJEKTU komplet bielizny Avocado na miare
Spektakl Amazonia od kulis - ZAGRAJ Z AKTORAMI
Fotografia z wystawy Janusza Gajosa Norwegia Lofty
Księżniczka na opak Teatr Narodowy + wyjście do kawiarni na niecodzienne SPOTKANIE z 3 księżniczkami spektaklu
Plakat z autografami GWIAZD (Adamczyk,Kożuchowska)
Plakat z autografami GWIAZD (Zamachowski, Gajos..)
Pchła Szachrajka PRYWATNE PRZEDSTAWIENIE urodziny
Sesja fotograficzna Adam Śmiałek, Kraków
Przedłużanie rzęs 1:1 norki jedwabne

Tutaj wszystkie aukcje w jednym miejscu.

Mały Maciek i Wielcy Czarodzieje - Nasze aukcje

A tutaj zbieramy grosz do grosza, by się udało:

Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”
ul. Łomiańska 5, 01-685 Warszawa
Konto 41 1240 1037 1111 0010 1321 9362
Koniecznie z dopiskiem „Maciej Cegieła nr 12120 – darowizna na pomoc i ochronę zdrowia”.

A tutaj informacje dla ludzi z zagranicy którzy również chcą wspomóc naszą akcję :)

How can you help?
You can donate by perfoming a money transfer to „Zdążyć z Pomocą” Foundation.

SWIFT (BIC) code: PKOPPLPW

Account # (for donations in USD) 86 1240 1037 1787 0010 1740 2700

Account # (for donations in EUR) 31 1240 1037 1978 0010 1651 3186

Account # (for donations in PLN) 41 1240 1037 1111 0010 1321 9362

Description: „For Maciej Cegieła, number 12120 – donation for Maciek’s treatment” is A MUST!

Polish citizens may also donate by transferring 1% of their PIT:

KRS 0000037904
41 1240 1037 1111 0010 1321 9362
Description: „For Maciej Cegieła, number 12120 – donation for Maciek’s treatment” is A MUST!

Even the smallest contribution will make a difference.
Thank you for your support and generosity.

Rozreklamuj to wydarzenie np. udostępnij je na swojej tablicy Fb, zaproś znajomych. Napisz na blogu, na forach, na profilach, na www i portalach - niech się zatrzęsie Internet dla Małego Maćka! Proszę.

Weź udział w aukcjach, polecaj aukcje, przekaż fanta na aukcje, wrzuć do skarbonki Akcji (na konto fundacji), szukaj innych dróg… Każda pomoc jest na wagę złota!
Proszę.

Pomóż Nam! Sami nie damy rady, ale z Tobą może się udać!
W to wierzymy bo…
NADZIEJA UMIERA OSTATNIA!

poniedziałek, 28 marca 2011

Warszawa - Żoliborz (Joli Bord), czyli po prostu Piękny Brzeg

Wreszcie przyszła. Co prawda nieco później niż ta kalendarzowa, ale dziś już naprawdę czuło się ją w powietrzu. Jeszcze tylko niech spadnie trochę deszczu, a wybuchnie z całą swoją zieloną mocą. Już nie mogę się doczekać długich spacerów i wycieczek rowerowych. Uwielbiam je, nawet jeśli ograniczają się tylko do tej paskudnej Warszawy.

Dlaczego paskudnej? To proste.
Niemal codziennie spotykam takie opinie o Warszawie. Co najciekawsze, z reguły wygłaszają je przyjezdni i to tacy, którzy przyjechali za chlebem. Nie będę tu opisywać ich zachowań, mimo, że pozostawiają dużo do życzenia, ale chciałabym dać im drobną wskazówkę. Jak już tu jesteś drogi gościu, to zanim zaczniesz narzekać, rusz dupę i postaraj się choć trochę poznać to miasto. Tylko z tej prawdziwej strony. Odpuść sobie Złote Tarasy i Arkadię, wsiądź w metro i przyjedź na Żoliborz. To jest prawdziwa Warszawa, dla mnie wręcz magiczna.



Oczywiście, jest więcej takich miejsc i wkrótce postaram się je tu przedstawić.

I jeszcze jedno. Nie rozumiem takiego krytykowania. Byłam już naprawdę w wielu miastach Polski i nie tylko, i o żadnym nie śmiałabym powiedzieć, że jest okropne.
Tak to już jest, że każde miasto na świecie, ma swoje lepsze i gorsze strony. Ja zawsze szukam tych lepszych :)

środa, 2 marca 2011

Naleśniki z rukolą, kurczakiem, camembertem i żurawiną

Wiosna nas nie rozpieszcza, niby słońce świeci już mocno, ale to jedno wielkie oszustwo bo mróz nie odpuszcza. Znużona codziennym nakładaniem na siebie wielu warstw, wczoraj dałam się nabrać no i oczywiście zmarzłam. Aż się herbatką z prądem musiałam potem rozgrzewać, bo zarazy w tym roku wyjątkowo upierdliwe, a ja już sobie żadnej nie życzę.
Ciężka, zimowa dieta też już mi się znudziła, tęsknię za zielskiem i lekkimi sałatkami. Jeszcze chwilka...
Na pocieszenie nasmażyłam wczoraj furę naleśników, a że tylko ser i dżem z pasujących rzeczy miałam w domu, więc były tradycyjne. Za to dziś poszalałam, żurawina i camembert to genialne połączenie smaków, a do tego chrupiące orzechy... Mniam :)



Składniki:
8 naleśników
Farsz: Połówka piersi z kurczaka, serek typu camembert albo brie, dwie garście rukoli, 100-150g orzechów włoskich, 2 łyżki majonezu, mały słoiczek żurawiny.

Sposób wykonania:
Pierś z kurczaka zamarynować w ulubionych przyprawach i odstawić przynajmniej na 1-2 godziny. Po tym czasie usmażyć ją, najlepiej na grillowej patelni. Wystudzić.

Teraz zabieramy się za farsz: Kurczaka kroimy w paski, camemberta w kostkę, orzechy i rukolę jakkolwiek, byle nie za drobno, bo znikną ;)
Wszystko wrzucamy do miski, dodajemy majonez i lekko mieszamy.

Na każdym naleśniku robimy podłużne kleksy z żurawiny i nakładamy po czubatej łyżce stołowej farszu. Całość zwijamy jak krokiety (żeby sos powstały z majonezu i żurawiny nie wyciekał) i pomalutku smażymy na patelni aż się z obu stron zrumienią, a ser w środku się rozpuści. Nie patrzę na zegarek, ale myślę, że w sumie trwa to jakieś 15 min.

Smacznego

Tak sobie myślę, że oprócz kurczaka świetnie można tu wykorzystać resztki pieczonego schabu albo indyka, a zamiast orzechów, uprażone na patelni pestki słonecznika lub dyni.

środa, 23 lutego 2011

Prawie jak w górach...

Do tej pory Suwalszczyzna zawsze kojarzyła mi się z latem, lasami, jeziorami i w ogóle letnimi wakacjami. Po ostatnim weekendzie w Jeleniewie już tak nie jest.



Jeleniewo, to maleńka miejscowość położona gdzieś na końcu świata, a dokładniej 15 km na północ od Suwałk. Niedawno powstał tam całkiem fajny kompleks narciarski. Może nie jest to Kasprowy, ale dla chcącej spędzić razem trochę czasu paczki przyjaciół, zupełnie wystarczający. Chociaż nie, zdecydowanie lepszy, ponieważ nie ma tam ludzi, a więc nie stoi się w kolejkach, no i nie ma pijanych szaleńców, więc nie strach puścić luzem dzieci. Jeżeli jeszcze połowa tej paczki ma stawiać pierwsze kroki na nartach, miejsce okazuje się wręcz idealne.

Dalszej okolicy oczywiście nie zwiedziłam, nawet nie wiem czy jest tam jakiś sklep, bo zwyczajnie nie było czasu. Ba! Nawet na spanie nie było czasu. Ale ja tam jeszcze wrócę!

Cudownie tak wyrwać się z rzeczywistości, nacieszyć oczy pięknymi widokami, podładować akumulatory pozytywną energią jaka powstaje w zgranym towarzystwie, a jeśli jeszcze do tego dopina się wakacyjne plany, pozostaje tylko z niecierpliwości zacząć przebierać nogami.

Ja już przebieram, będzie pięknie :)

A tymczasem muszę się wreszcie rozliczyć z poprzednimi...

I w ogóle to już chcę wiosnę!!!

środa, 2 lutego 2011

Kapuśniak inaczej, czyli gołąbkowa ;)

Uwielbiam kapustę faszerowaną, po swojsku nazywaną gołąbkami. Nawet zrobiłam ją 2 czy 3 razy, niestety, cierpliwość nie jest moją mocną stroną. Obgotowywanie kolejnych warstw liści kapusty, zdejmowanie ich na gorąco jest ponad moje możliwości. Zawsze się przy tym musiałam poparzyć :(
W komentarzu do barszczyku Temawa wspomniała o kapuście swojej babci, no i zaczęły łazić za mną te gołąbki. Trzeba było koniecznie coś wykombinować, no i wykombinowałam, gołąbkową. Smakuje dokładnie tak samo, a roboty nieporównywalnie mniej :)



Składniki:
1 kg karkówki, pół główki słodkiej kapusty, 0,5 l przecieru pomidorowego, 4 cebule, 3 jajka, 2-3 czerstwe kajzerki, 2-3 łyżki tartej bułki, sól, pieprz ziarnisty, ziele angielskie, listki laurowe, olej z pestek, 1 łyżka mąki.

Sposób wykonania:
Duży, 5 - 6 litrowy gar napełniamy do ok 3/4 objętości wodą, wrzucamy małą garść pieprzu ziarnistego, kilka ziaren ziela angielskiego, kilka liści laurowych i płaską łyżkę soli, stawiamy na ogniu i doprowadzamy do wrzenia. Kapustę niezbyt drobno szatkujemy, wrzucamy do gara i gotujemy do miękkości.

Kajzerki moczymy w zimnej wodzie. W tak zwanym międzyczasie karkówkę i 2 obrane cebule kroimy w grubą kostkę i przepuszczamy przez maszynkę, Dobrze odciśnięte kajzerki mielimy jako ostatnie, żeby nic z dobrego mięska nie zostało w maszynce.

Następnie do miski z mielonką wbijamy jaja, dodajemy płaską łyżkę soli (znaczy ja tyle dodaję), sporo świeżo mielonego pieprzu, ścieramy trochę gałki muszkatołowej i całość dokładnie wyrabiamy. Koniecznie ręką, bo łyżką nigdy się tak ładnie nie połączy. Z wyrobionej masy formujemy zgrabne kulki i wrzucamy je do gara z miękką kapustą. Od ponownego wrzenia gotujemy całość jeszcze ok. 10 min, pod koniec wlewamy przecier pomidorowy.

Na patelni przygotowujemy cebulową zasmażkę, najpierw rumienimy cebulę, następnie dodajemy mąkę, chwilkę razem smażymy, a na koniec rozprowadzamy ją zimną wodą (szczegółowo opisałam to w przepisie na zupę z czerwonej soczewicy).
Gotową zasmażkę dodajemy do zupy i całość gotujemy jeszcze chwilkę delikatnie mieszając, aż zgęstnieje.
Gołąbkową podajemy z ziemniakami, ryżem lub makaronem, albo po prostu z chlebem, też smakuje pysznie. Szkoda, że nie mogę tu załączyć jeszcze zapachu, że o smaku w ogóle nie wspomnę ;)

sobota, 22 stycznia 2011

Barszczyk zabielany jak u babuni

Wczoraj był Dzień Babci. Ja już mam swoją tylko we wspomnieniach i rzecz jasna, są to dobre, ciepłe i bardzo smaczne wspomnienia. Któż z nas nie zna piosenki zaczynającej się od słów "U babci jest słodko, świat pachnie szarlotką... ". Co prawda moja babcia szarlotki nie piekła, ale za to była specjalistką od wszelkiego rodzaju placuszków, grzybków i naleśniczków. Ech, już na samo wspomnienie czuję w nozdrzach zapach wanilii...

Ale nie o plackach dzisiaj chciałam, bo te, w lepszej lub gorszej wersji spotyka się często. Takim smakiem, który kojarzy mi się tylko i wyłącznie z kuchnią mojej babci jest smak barczyku zabielanego. Nie spotkałam go nigdzie, a jakiś czas temu zapragnęłam jak najwierniej go odtworzyć. W końcu się udało :)



Składniki:
2 kg buraków, włoszczyzna, 2 łyżki pszennej mąki, kubeczek (250 ml) dobrej śmietany, 3 cebule, olej z winogronowych pestek, sól, pieprz w ziarnach, cytryna do smaku.
Ziemniaki.

Sposób wykonania:
Dzień wcześniej
Włoszczyznę i buraki obieramy, rozdrabniamy (koniecznie w gumowych rękawicach, bo inaczej ręce przez kilka dni będziemy musiały nieelegancko trzymać w kieszeniach), wrzucamy do sporego, min 5-litrowego gara i zalewamy zimną wodą. Dodajemy ok. łyżkę soli i małą garść pieprzowych ziarenek i doprowadzamy wszystko do wrzenia. Następnie przykręcamy gaz i pomalutku warzymy całość ok 1.5 godziny, albo do momentu, gdy warzywa będą miękkie. Pewnie zależy to od stopnia ich rozdrobnienia, a ja nie mam tyle cierpliwości by je poszatkować. Więc niech się gotują pomalutku, w końcu stać nad nimi nie trzeba, a nikt mnie nie goni.

Gdy warzywa już dochodzą, na osobnej patelni rozgrzewamy 2-3 łyżki pestkowego oleju i przesmażamy na złoto drobno posiekane dwie cebulki, soląc je w trakcie, żeby pięknie się zrumieniły, a nie przypaliły. Gdy już ślinianki zaczynają pracować, przekładamy zawartość patelni do gara, całość doprawiamy świeżo wyciśniętym sokiem z niezbyt wielkiej cytryny i ponownie doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy jeszcze ok. 5 min i zostawiamy wszystko w spokoju, co najmniej na całą noc, aby nabrało mocy.

Następnego dnia barszczyk podgrzewamy, przecedzamy, ew. doprawiamy do smaku solą czy cukrem i dla aksamitności zaprawiamy mąką i śmietaną.
W osobnym garnuszku gotujemy na sypko ziemniaki, a na patelni rumienimy na złoto, wcześniej posiekaną ostatnią cebulkę.

Ja dzisiaj ziemniaki i barszczyk podaję osobno, ale moja babcia zawsze podawała je razem, właśnie tak jak na zdjęciu. Od czasu do czasu, gdy coś mnie najdzie, też tak robię...

wtorek, 11 stycznia 2011

Smaki z dzieciństwa, czyli mandarynki i pomarańcze...

Każdy je w sobie nosi. Niby w dorosłości poznajemy coraz nowsze, coraz bardziej wykwintne, ale tych z dzieciństwa nie zapomniemy nigdy, choć nie były wcale wyszukanymi.

Tak przy okazji Świąt często wracam myślami do dziecięcych lat. W moim przypadku nie był to jakiś wyjątkowo szczęśliwy czas, upływał przeciętnie, raz lepiej, raz gorzej. Kiszę w sobie kilka gorszych wspomnień, a tych lepszych jakoś nie bardzo mogę się doszukać... Takie najmilsze moje wspomnienie, i przy okazji na temat, to powrót mamy z Egiptu i cała torba mandarynek.



To nic, że potem dostałam uczulenia na cytrusy i przez kilka lat nie mogłam ich jeść, i właściwie nie jem ich do dziś. W tamtych czasach, to było naprawdę coś. Cała klasa mi zazdrościła!!

Przed świętami kupiłam cały kilogram mandarynek, piękne były i tak pięknie pachniały... Połowę wyrzuciłam. Zdecydowanie bliższe mi są bardziej swojskie smaki, ale o tym już następnym razem ;)

PS. Wiem, obiecuję różne tematy, raz wychodzi mi to lepiej, raz gorzej. O Chorwacji cały czas pamiętam, ale chyba jeszcze nie nadszedł jej czas...

Ale zapach mandarynek kocham do dziś i pewnie tylko dlatego od czasu do czasu im ulegam... Może to wina Grechuty...



Wszystkim moim wiernym i tym całkiem przypadkowym czytelnikom życzę duuużo dobrego, pięknego i smacznego w Nowym Roku. Bo przecież tym smacznym najłatwiej poprawić sobie humor, szczególnie gdy jest szaro i smutno i znikąd nie ma pociechy. I byle do wiosny! :)
 

Designed by Światłoczuła & LEW21. Powered by Blogger